Do tej pory Donald Tusk wiele razy podkreślał swój osobisty wkład zarówno w powstanie samego programu SAFE, jak i sukces polegający na uzyskaniu największej puli unijnych środków dla Polski. Pod umową Tusk się jednak nie podpisał. A przecież premier należy do polityków, którzy, kiedy czegoś chcą, zwyczajnie sobie to biorą. Tym razem najwyraźniej premier nie chciał, a Kosiniak-Kamysz tłumaczył, że stało się tak dlatego, iż „wszystkie wnioski podpisywał on”. - Rozpocząłem cały proces negocjacji. Później stworzyliśmy zespół z panią minister Magdaleną Sobkowiak-Czarnecką. Nie odbierajcie nam tej przyjemności - tłumaczył. - Biorę za to odpowiedzialność, pan premier też bierze odpowiedzialność - dodał.

Reklama
Reklama

Tłumaczenie to nie do końca jest jednak chyba zgodne z rzeczywistością, a przyczyna tkwi zupełnie gdzie indziej. SAFE stał się osią ostrego sporu politycznego, nie tylko między rządem a opozycją, ale także wewnątrz samej prawicy, która kiedyś program popierała, by po sukcesie rządu w unijnych przepychankach nagle przekształcić się ze zwolenników w zaciekłych wrogów programu.

Donald Tusk chce wzmocnić PSL „oddając” sukces ws. SAFE Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi

Dlaczego zatem premier ustąpił miejsca wicepremierowi? Być może dlatego, że do Tuska zaczyna docierać, iż samodzielnie przy władzy będzie mu się trudno utrzymać. Jest coraz bardziej jasne, że potrzebni są mu stabilni koalicjanci. Wzmocnienie lewej strony już się w jakimś stopniu udało. Teraz potrzebny jest silny koalicjant po prawej stronie. A do tej roli koalicyjne PSL pod wodzą Kosiniaka-Kamysza pasuje doskonale. Problem jednak w tym, że mimo starań PSL partia ta nieustająco balansuje na granicy progu wyborczego i na dziś ma raczej nikłe szanse na samodzielne wejście do parlamentu po kolejnych wyborach. I tu właśnie pojawia się miejsce na SAFE.

Czytaj więcej

Umowa na SAFE podpisana. 43,7 mld euro na 120 projektów trzeba wydać do 2030 roku

Program SAFE jest istotny nie tylko z uwagi na możliwości, jakie stwarza z punktu widzenia poprawy bezpieczeństwa militarnego Polski. To także potężny impuls rozwojowy, którego benefity trafią przede wszystkim do regionów, w których dotychczas królował opozycyjny obecnie PiS. Polskie zbrojenia to nie tylko nowe czołgi, polskie Borsuki i Pioruny czy rakiety i miny. To także setki nowych miejsc pracy i szansa na wzbogacenie się gmin i mieszkańców w miejscach, w których już dziś funkcjonują albo za chwilę zaczną funkcjonować nowe zakłady przemysłu obronnego.

I to właśnie w tym miejscu widać, dlaczego SAFE budzi tak silny opór PiS i prezydenta Karola Nawrockiego. Problemem nie jest bowiem ani konstrukcja programu, ani rzekome zagrożenie suwerenności czy stabilności finansowej państwa, lecz czysto polityczne obawy. W desperackiej próbie szukania przez prezydenta Karola Nawrockiego alternatywnego źródła finansowania dla unijnego programu SAFE musi być coś więcej, niż tylko tradycyjna niechęć do zagrażającej polskiej suwerenności (jak twierdzi polska prawica) Unii Europejskiej.

Branża zbrojeniowa w Europie

Branża zbrojeniowa w Europie

Foto: PAP

Czego naprawdę boi się prawica w związku z programem SAFE

Jestem przekonany, że SAFE jest dla PiS, Konfederacji i prezydenta Karola Nawrockiego groźny z egoistycznie politycznych powodów, a nie przez wzgląd na bezpieczeństwo i suwerenność. Projekty wpisane w rządową agendę i związane ze środkami SAFE w przeważającej części trafią do prawicowego matecznika na wschodzie i południu kraju. I tu pojawia się obawa, że to może w pewnym stopniu zmienić polityczną geografię kraju.

Prawica w ogóle ma problem z unijnymi sukcesami obecnego rządu. Nie dość, że ten udowodnił, iż bez utraty suwerenności można było odblokować środki z KPO, to jeszcze teraz wytargował w Brukseli olbrzymie pieniądze na obronność. Z punktu widzenia politycznych interesów prawicy nie wygląda to dobrze. Zakłóca bowiem narrację o rządach nieudaczników, których trzeba jak najszybciej odsunąć od władzy i zastąpić nowym, prawdziwie polskim, czyli niezależnym od rządzonej przez Niemców Brukseli rządem.

Z tej perspektywy podpis Kosiniaka-Kamysza pod umową w sprawie SAFE nie jest jedynie formalnością przekazaną na ręce wicepremiera. To swoiste mianowanie „ojca” programu SAFE, czyli osoby, która ma przypisać sobie sukces, ale też w razie potrzeby przyjąć na siebie krytykę. To polityczny kompromis, w którym Tusk oddaje Kosiniakowi-Kamyszowi pierwszoplanową rolę, a w zamian kupuje stabilnego koalicjanta mającego tworzyć prawicowe, konserwatywne skrzydło obozu rządzącego.

Podpis Kosiniaka-Kamysza pod umową w sprawie SAFE wydaje się próbą wzmocnienia PSL jako koalicjanta. Koalicjanta, co prawda chwilami krnąbrnego w kwestiach o znaczeniu światopoglądowym, ale także stosunkowo lojalnego. Do tego światopoglądowy konserwatyzm PSL, wsparty korzyściami wynikającymi z rozwoju polskiej zbrojeniówki, tworzy korzystny mix, który może odebrać wyborców partii prawicowych w ich dotychczasowych bastionach.