Stary porządek, z centralną rolą ONZ, Donald Trump wyraźnie uznaje za nieskuteczny. I co ważniejsze, niedostatecznie służy on Ameryce. Tyle że myślenie Donalda Trumpa obarczone jest podwójnym błędem. Mimo że Stany Zjednoczone były jednym z twórców tego systemu i przez lata głównym płatnikiem ONZ, system utworzono dla dobra pokoju światowego, a nie w celu realizowania bezpośrednich interesów Stanów Zjednoczonych. Choć – warto to podkreślić – jeden z głównych pomysłodawców ONZ, prezydent Franklin Delano Roosevelt zakładał, że oba cele są tożsame; to potężne gospodarczo Stany Zjednoczone, po doświadczeniu dwóch wojen światowych, najwięcej korzystały na światowym pokoju, którego strażnikiem miał być ONZ.
Drugi z błędów Trumpa dotyczy rzekomej nieskuteczności ONZ – system traktatowy z ONZ w roli głównej był najefektywniejszym z instrumentów gwarantujących pokój w nowożytnej historii świata. Bez wątpienia to Organizacja Narodów Zjednoczonych wraz z niezwykle skutecznym NATO spowodowały, że po 1945 r. nie doszło do konfliktu na skalę światową. Oznaczało to osiem dekad pokoju, czego nie chce docenić współczesny następca Roosevelta. I dyktuje, niejako na gruzach tego systemu, swoje własne rozwiązania. Czy zadaje sobie pytania na temat ich trwałości? Bez wątpienia wierzy, że będą one trwałe. Ale to tylko jego wiara.
Czym Rada Pokoju Donalda Trumpa będzie się różnić od ONZ?
Wracając do Rady Pokoju, komentatorzy nie mają wątpliwości, że to prywatyzacja polityki międzynarodowej. Zjawisko niezwykle groźne, jeśli nie zabójcze dla światowego systemu traktatowego. Przede wszystkim dlatego, że tworzy równoległe struktury w relacjach międzynarodowych i to struktury oparte na innych pryncypiach. O ile ONZ budowano na zasadach relatywnej równości podmiotów i pełnej reprezentacji narodów, Rada Pokoju Trumpa wychodzi z logiki siły. Liczyć mają się i ponosić odpowiedzialność za świat silni pod osobistym, dożywotnim przywództwem Donalda Trumpa.
Kim są ci silni? To pierwszoligowi gracze tzw. power politics. Liderzy, którzy zwykli rozwiązywać problemy z użyciem pięści. Ci zresztą garną się do tej inicjatywy jako pierwsi. Czy notoryczni mordercy, jakimi są Aleksander Łukaszenko i Władimir Putin, mają takie samo prawo do uczestniczenia w systemie gwarantującym pokój jak przywódcy państw demokratycznych mający legitymację wyborczą? W dotychczasowym świecie wspólnych wartości nie, na wielu światowych forach byli i wciąż są bojkotowani. W logice członkostwa w Radzie Pokoju takich „subtelności” nie ma. Otrzymują od Trumpa glejt potwierdzający ich akceptowalność przez światową społeczność. Zapewne o to wielu z nich chodziło; wychodzą z izolacji. Trump „zamazuje” ich zbrodnie. Liczy się już tylko siła i pieniądze, czyli osławiony miliard dolarów za stałe członkostwo. Będą na równi z innymi silnymi rozstrzygać o Gazie, Ukrainie i innych problematycznych regionach świata.