Dylemat,
przed jakim stoją uczestnicy szczytu NATO w Wilnie, wydaje się dość
oczywisty. Nie „czy”, ale „kiedy” Ukraina w NATO. I „jaka”.
Czy w granicach sprzed 2014 roku? Stabilna i koncentrująca się na
odbudowanie państwa, wzmacnianiu demokracji i praworządności. Czy
inna, przymuszona do zgniłego kompromisu i dysząca rządzą zemsty
wobec imperialnej Rosji?
Ta druga byłaby jak beczka prochu, wciąż grożąca wybuchem
kolejnej fazy konfliktu na Wschodzie. Taka Ukraina stałaby się
bardzo problematycznym członkiem NATO, więc liderzy sojuszu mają
dodatkową motywację, by nie limitować pomocy, a wręcz nasilić
wsparcie dla walczącego Kijowa. Zysk będzie podwójny: zwycięstwo
w konfrontacji z Moskwą może wygasić lub na długi czas przytłumić
imperialne ambicje Rosji, a przy okazji też ustabilizować Ukrainę,
wzmacniając gwarancje pokojowej ścieżki jej rozwoju. W takiej
postaci mogłaby być równoprawnym członkiem sojuszu.