Jeśli, jak się spodziewano, przed ekranami komórek, komputerów i telewizorów zasiadło tego dnia cztery miliardy osób, będzie to najbardziej śledzone wydarzenie w historii ludzkości. Będzie więc tak, jak było z koronacją królowej w 1953 r., wówczas pierwszym wydarzeniem pokazanym w czasie rzeczywistym w telewizji. To, że mimo rozpadu brytyjskiego imperium oraz głębokich zmian cywilizacyjnych i obyczajowych, królowa zdołała utrzymać przez te siedem dekad podobne zaufanie wśród swoich poddanych i zbudować tak wielką sympatię poza granicami Wielkiej Brytanii, jest rzeczą niezwykłą.

Czytaj więcej

Świat żegna królową Elżbietę II. Uroczystości pogrzebowe w Londynie

Ale wyrazem tego hołdu jest też obecność w Opactwie Westminsterskim przywódców kilkudziesięciu krajów świata. Tylko ci najbardziej godni potępienia, jak przywódcy Rosji, Białorusi, Syrii czy Birmy, nie zostali zaproszeni. Tylko ci najbardziej autorytarni, jak przywódcy Chin czy Turcji, nie zjawili się tu osobiście. 

- Dla was to była wasza królowa, dla nas to była po prostu królowa. Bez konieczności dodawania żadnego innego określenia - przyznał Emmanuel Macron. 

- Świat by dzięki niej lepszy. Przypominała mi moją matkę - podkreślił Joe Biden. 

Czytaj więcej

Arcybiskup Canterbury o królowej Elżbiecie II: Służyła z miłością

Taki hołd ze strony dwóch krajów, które niosą światu przesłanie wartości republikańskich, jest wielce znaczący, bo przecież brytyjska monarchia jest demokracji zaprzeczeniem. Liczne skandale, które dotknęły w minionych 70 latach rodzinę królewską, dobrze o tym świadczą: zapewne żaden z Windsorów nie przeszedłby próby wyborów. Poza królową, której żaden taki skandal nigdy bezpośrednio nie dotyczył. Choć osłabiona w ostatnich miesiącach życia, wciąż cieszyła się zaufaniem 75 proc. poddanych - to blisko dwa razy więcej, niż poparcie, na jakie mogą liczyć Joe Biden, Emmanuel Macron czy Andrzej Duda. 

Ale tu nie chodzi tylko o tęsknotę za światem, w którym rządzili politycy pokroju Winstona Churchilla, a nie Borisa Johnsona. Królowa była też uosobieniem optymizmu wywodzącego się z głębokiej, chrześcijańskiej wiary. Jeszcze na początku września, przyjmując w szkockim zamku Balmoral nową premier Liz Truss, miała na twarzy swój nieodłączny uśmiech, choć już plamy na rękach zdradzały, że to mogą być ostatnie godziny jej życia. 

- Jeszcze się zobaczymy - zapewniała swoich poddanych w pamiętnym wystąpieniu w czasie pandemii. 

W Balmoral bez wątpienie myślała podobnie. Choć już odnosząc się do pozaziemskiego świata.