Na boku zostawmy samą wizytę i jej znaczenie, świetnie o niej napisał mój redakcyjny kolega Jerzy Haszczyński. Polskie reakcje są bowiem dowodem na to, że kampania wyborcza już się zaczęła. Bo niestety wielu ważnych polityków uznało, że to świetna okazja, by zaatakować politycznych przeciwników.

Czytaj więcej

Jerzy Haszczyński: Za rok w Mariupolu

Pierwszy chyba sygnał wysłał Grzegorz Schetyna z PO, bądź co bądź były minister spraw zagranicznych, pisząc w mediach społecznościowych: „Dziś w Kijowie są Macron, Scholz i Draghi. Po oczach bije nieobecność Morawieckiego i faktyczny koniec Trójkąta Weimarskiego. #PiS prowadzi niepotrzebnie antyunijną politykę zagraniczną. To gorzej niż samotność. To głupota”.

Wewnętrzną politykę w wizytę wciągnął też przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald Tusk wytykając brak przedstawiciela Polski obok prezydenta Francji, kanclerza Niemiec i premiera Włoch: „Przywódcy Francji, Niemiec, Rumunii i Włoch zadeklarowali w Kijowie pełne wsparcie dla europejskich aspiracji Ukrainy. To przełom. Szkoda, że bez nas. To przecież Polska powinna być jednym z głównych uczestników tego wielkiego zdarzenia”.

Szkoda, że tak ważni politycy jak Tusk czy Morawiecki, komentują naprawdę ważną wizytę w Kijowie przez pryzmat wewnątrzpolskiej nawalank

W tym samym stylu odpowiedział premier Mateusz Morawiecki. Tak, jak politycy opozycji użyli wizyty do ataku na PiS, tak wiceprezes partii rządzącej uznał, że to doskonała okazja, by uderzyć w opozycję: „Gdy pojechaliśmy jako pierwsi do ostrzeliwanego Kijowa - mówili, że niepotrzebnie. Gdy przeprowadziliśmy konsultacje międzyrządowe - mówili, że bez sensu. Gdy 3 miesiące po naszej wizycie pojechali inni - pytają dlaczego nas nie ma. Nasza kochana opozycja znów przegrała w walce z logiką”.

Szczerze mówiąc nie pamiętam, by ktokolwiek istotny ze strony opozycji krytykował fakt wyjazdu – jako pierwszych zachodnich liderów – polskiego, czeskiego i słoweńskiego premiera do Kijowa 15 marca. Jeśli coś było krytykowane, to propozycja wysłania na Ukrainę sił pokojowych, którą wysunął Jarosław Kaczyński. Czas pokazał, a właściwie późniejsze, kompletne zignorowanie tego pomysłu, że krytyka ta nie była bezzasadna. Ale sam wyjazd, jako gest solidarności z Zełenskim nie był przez nikogo poważnego podważany. Nie pamiętam też, by ktoś poważny z opozycji krytykował dwa tygodnie temu gabinet Morawieckiego za to, że pojechał do Kijowa i odbył międzyrządowe konsultacje.

Ale cóż z tego, że premier przegrywa tu z faktami. Fakty się nie liczą. Liczy się kampania wyborcza, która już pełną parą mieli każdy temat. Choć szkoda, że tak ważni politycy jak Tusk czy Morawiecki, komentują naprawdę ważną wizytę w Kijowie przez pryzmat wewnątrzpolskiej nawalanki.

Tym bardziej warto zauważyć wypowiedź prezydenta Andrzeja Dudy, który akurat w sprawie Ukrainy zachowuje się sensownie. W czwartek napisał na Twitterze tak: „Wizyta Prezydentów E. Macrona i K. Iohannisa oraz Kanclerza O.Scholza i Premiera M. Draghi w Kijowie to bardzo dobry sygnał przed głosowaniem nad statusem kandydata do UE dla Ukrainy. Dziękuję! Wizyta w Irpieniu bardzo ważna. Widać tam jak totalna i brutalna jest rosyjska agresja”.

No ale też wszyscy wiemy, że prezydent Duda nie będzie startował w najbliższych wyborach. Nie musi ani walczyć o uwagę partyjnych przywódców, ani zagrzewać do boju elektoratu - ma komfort patrzenia na wydarzenia z szerszej perspektywy, jak głowa państwa, a nie jak kibic jednej z drużyn. Ma komfort wstania, otrzepania spodni i wyjścia z piaskownicy, w której grabkami okładają się pozostali.