"Nie przyjeżdżajcie", powiedziała kilka miesięcy temu progresywna wiceprezydent USA Kamala Harris. Powiedziała to „na miejscu", czyli w Ameryce Środkowej, skąd masy mieszkańców chciałyby się przedrzeć przez południową granicę Stanów Zjednoczonych. Podobny przekaz musi płynąć do mieszkańców państw Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji Środkowej, którzy przez wschodnią granicę chcieliby się dostać do Polski.

Widać już próby ze strony władz w Warszawie. Przy okazji wychodzą na jaw długoletnie zaniedbania. Polska nie interesowała się światem muzułmańskim (a z niego głównie nadciągają imigranci), ma niewielu specjalistów znających tamtejszą kulturę i języki. Arabskiego uczy się garstka studentów na kilku uniwersytetach (Warszawa, Kraków, Poznań, Łódź, Bydgoszcz). Kurdyjskiego, farsi czy dari jeszcze mniej. Według moich niedoskonałych zapewne obliczeń ekspertów jest w tej dziedzinie kilkuset, a wykorzystywanych przez instytucje państwowe kilkudziesięciu. Niewielu jest też tam na miejscu ludzi powiązanych z Polską, w czasach PRL było więcej, ale się zestarzeli albo zajęli czymś innym. Dotarcie do społeczności lokalnych poprzez takich właśnie przyjaciół Polski to klucz do sukcesu. Choć trzeba przyznać, że i bardziej doświadczone kraje Zachodu mają problem z głoszeniem hasła „Nie przyjeżdżajcie".

Czytaj więcej

Liban i Sudan to możliwe nowe źródła imigracji do Polski – na zdjęciu Libańczyk zatrzymany na granic
Polscy dyplomaci na świecie walczą o to, by imigrantów na granicy było mniej

Drugi klucz to negocjacje z ważnymi politykami regionu. I to się zaczyna dziać. W ostatnich tygodniach doszło do spotkań z Abd al-Fatahem Sisim, prezydentem Egiptu, szczególnie sprawnym w powstrzymywaniu imigracji, co zapewnia mu wdzięczność w Europie, oraz z królem Jordanii Abd Allahem II. Skutecznie działają też kurdyjscy przyjaciele Polski, zniechęcając do wsiadania w samolot do Mińska Kurdów z Iraku.

Nasz kraj w sprawach muzułmańskich przebudził się nagle, gdy Łukaszenko sprowadził dziesiątki tysięcy imigrantów. Wcześniej nie umiał nawet wykorzystać sukcesu konferencji bliskowschodniej, która odbyła się na życzenie Donalda Trumpa w Warszawie w 2019 roku.

Problem nie zniknie, trzeba zainwestować w stosunki z krajami, z których i przez które docierają imigranci, oraz w ekspertów. Warto też zmienić podejście. Trudno zdobywać muzułmańskich przyjaciół, gdy wyznawców islamu przedstawia się jako zagrożenie dla europejskich kobiet i jako miłośników seksu z krowami.