Widząc, jak wielką reakcję wywołała decyzja Trybunału Konstytucyjnego kierowanego przez Julię Przyłębską w Brukseli i innych europejskich stolicach, można postawić tezę, że największym stratnym na tej całej historii będzie wnioskodawca, czyli premier Mateusz Morawiecki. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że był to największy błąd w jego karierze politycznej.

Czytaj więcej

Demonstracja przed TK w czasie posiedzenia z 7 października
Bogusław Chrabota: Po wyroku TK Polska w przedsionku niebytu

Zakładając nawet, że złożył on wniosek do TK o to, by uznać kilka fragmentów traktatów europejskich z niezgodne z Konstytucją RP, wyłącznie na użytek wewnętrzny, uderzył w jeden z własnych atutów, czyli jako polityka proeuropejskiego. Być może Morawiecki kalkulował, że musi wysłać silny sygnał do wyborców, że to on jest twardym suwerenistów, że po co im Zbigniew Ziobro, skoro to premier, potrafi wykonać taki twardy gest i zaskarżyć unijne traktaty. Tyle tylko, że to rozumowanie obarczone poważnym błędem. Po pierwsze Ziobro – nie będąc odpowiedzialnym za politykę europejską – może sobie opowiadać najbardziej niestworzone historie na temat UE, bo nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności. Innymi słowy retorycznie Ziobro zawsze przelicytuje Morawieckiego i próba jakiejkolwiek konkurencji w tej dziedzinie, jest dla premiera skazana na niepowodzenie. Tym bardziej, że – po drugie – skoro jest już jeden Ziobro, to po co na polskiej scenie, ktoś udający Ziobrę? Po co kopia, skoro jest już jeden oryginał. W konkurencji z Ziobrą Morawiecki nic tu więc nie mógł zyskać. Przeciwnie, może wyłącznie stracić. Bo przecież atutem obecnego szefa rządu miało być właśnie to, że dobrze poruszał się na europejskich salonach, że zna języki, że jest w stanie się dogadać z Brukselą. Mówiąc brutalnie – Morawiecki zapomniał, że został wynajęty przez PiS do tego, by obniżyć konflikt z Unią Europejską, a tymczasem robi wszystko, by ten konflikt zaostrzyć. Komentarze unijnych polityków mówiących serwisowi Politico, że rząd w Warszawie przekroczył czerwoną linię posługując się marionetkowym trybunałem, by znaleźć alibi do tego, by nie wykonywać wyroków TSUE dotyczących skoku na sądownictwo. Morawiecki traci więc cały swój szarm w umiarkowanym elektoracie, który obawia się, że PiS przegnie w konflikcie z Unią. Ale też traci wiarygodność w oczach Unijnych polityków. Wszak jego ulubioną strategią była gra w dobrego i złego policjanta. W negocjacjach Morawiecki powtarzał unijnym przywódcom, żeby trochę odpuścili, bo ma za plecami takiego Ziobrę, że on by się może i chciał dogadać, że on jest tym dobrym, ale jest ten zły Ziobro. Tyle tylko, że po manewrze ze skargą do TK taki argument zupełnie traci wiarygodność. Nagle okazuje się, że rzekomo najbardziej proeuropejski polityk obozu władzy właściwie niczym się nie różni od rzekomo najbardziej czarnosecinnego. Po tej ustawce z Trybunałem, nikt już nie będzie w UE traktował Morawieckiego serio.

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: Po wyroku TK - Czy suwerennością można się udławić?

Tym bardziej, że echo jakim odbił się wyrok TK w innych stolicach europejskich dodatkowo utrudnia i tak już trudne położenie negocjacyjne Polski. Przypomnijmy, że na stole są miliardy z funduszu ratunkowego, a jeśli TSUE uzna mechanizm „pieniądze za praworządność” za legalny, pod znakiem zapytania staną się również miliardy z siedmioletniego budżetu. Bo nacisk innych stolic na Brukselę, by grała teraz z Polską ostro, skoro my też gramy ostro, będzie wielki. I nawet jeśli jeszcze parę dni temu wydawało się, że jest szansa na porozumienie w sprawie Krajowego Planu Odbudowy, wyrok TK usztywni stanowisko Komisji. Morawiecki miał więc dowieźć kilka tirów z miliardami euro do Warszawy, ba, część z nich de facto wydał, a tu nie dowiózł. Więc zawiódł w najważniejszej sprawie, która sprawiła, że został premierem. Okazałoby się więc, że krytykujący od początku Morawieckiego Ziobro miał rację, że nie dość, że nie załatwił sporu z Brukselą, to jeszcze na końcu przyjął argumenty podnoszone wcześniej przez Ziobrę.

Czytaj więcej

Premier Mateusz Morawiecki
Krzysztof Adam Kowalczyk: Morawiecki jak David Cameron

Ale jest jeszcze w tej sprawie inny problem. Warto czasem iść na udry z unijna biurokracją, jeśli chce się osiągnąć jakiś sukces, jeśli chce się zrealizować jakąś ważną dla interesu narodowego sprawę. Tymczasem obóz rządzący spuszcza bombę atomową na Brukselę tylko po to, by mieć glejt ze strony TK, by nie wykonać wyroków TSUE dotyczących np. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, choć sam obóz władzy i tak Izbę Dyscyplinarną chce zmienić, ponieważ nie działa ona tak, jak to sobie wymyślono. Jeśli w banku jest góra złota, warto ryzykować konflikt ze stróżami prawa, by je ukraść. Ale ryzykować poważną wpadkę po to, by zwinąć atrapę drogiego zegarka, to zupełny idiotyzm.

No chyba, że plan jest taki, że orzeczenie Trybunału ma być igrzyskami rzuconymi gawiedzi, a rząd i tak wyroki TSUE wycofa. Że tu dmiemy w surmy bojowe, że bronimy suwerenności, tworzymy zasłonę dymną, a w rzeczywistości i tak rząd postąpi tak, jakby żadnego wyroku TK nie było. Tylko znów pytanie – warto płacić tak wielką polityczną cenę, by osiągnąć tak marny wynik i w dodatku na końcu się z wszystkiego wycofać?