Strategiczny przegląd obecności amerykańskich wojsk w Europie wisiał nad bezpieczeństwem naszego regionu jak miecz Damoklesa. Dlatego po ogłoszeniu przez departament wojny w Waszyngtonie, że liczba żołnierzy amerykańskich w Niemczech zostanie zredukowana o 5 tys. osób, niemiecki minister obrony Boris Pistorius mówił, że była ona przewidywalna.

Dlaczego Amerykanie obiecali rozmieścić w 2026 r. w Niemczech swoje Tomahawki?

Nie tylko liczba amerykańskich żołnierzy wpływa na bezpieczeństwo Europy, ale również powód ich stacjonowania na Starym Kontynencie. We współczesnych czasach nie tyle w liczbie siła, ale w technologiach i zaawansowanej broni.  

Pojawiają się bowiem sugestie, że Amerykanie mogą wycofać się z porozumienia, na podstawie którego do Niemiec miały wrócić rakiety średniego zasięgu. Przypomnijmy, że w lipcu 2024 r., podczas szczytu NATO w Waszyngtonie USA ustaliły, że rozlokują do 2026 r. w Niemczech batalion albo dywizjon dysponujący rakietami Tomahawk i SM-6. Miała to być odpowiedź na agresję Rosji przeciw Ukrainie i zbrojenie obwodu królewieckiego. W języku wojskowym oznaczało to, że w Niemczech pojawi się amerykańska broń zdolna przechwytywać Iskandery, a także przeprowadzać atak odwetowy w przypadku odpalenia pocisków z Królewca.

I takiego scenariusza obawiają się niemieccy dyplomaci i polscy politycy. Bo oznaczałoby to, że Europa Zachodnia znajdzie się w sytuacji… gorszej niż Ukraina. Nasi wschodni sąsiedzi bowiem w ostatnich latach stworzyli broń, którą mogą atakować Rosję głęboko za linią frontu. Ukraińcom udawało się razić cele na odległość do dwóch tysięcy kilometrów. I to bez amerykańskich Tomahawków, których nie mogli się doczekać.

Czy Polska powinna się już szykować na najgorszy scenariusz?

Niemcy właśnie wcielają w życie plan budowy największej armii w Europie. I mają na to znacznie więcej pieniędzy niż Polska, która również od lat modernizuje wielkim wysiłkiem finansowym swoją armię. Ale istnieje poważna luka w tych zbrojeniach, m.in. w postaci rakiet średniego zasięgu. Europejski projekt ich stworzenia, w którym uczestniczą m.in. Polska, Niemcy, Francja oraz Włochy został zainicjowany właśnie na wspomnianym szczycie NATO w 2024 r. i potrzebuje jeszcze kilku lat, by wejść w życie.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Iran, NATO 3.0 i nowy ład w Europie. W co grają Trump, Merz i Tusk?

To zaś oznacza, że mimo deklaracji administracji Donalda Trumpa o wyjątkowości relacji z Polską, nasze bezpieczeństwo może w każdej chwili ulec pogorszeniu. Jeśli Donald Trump wycofa się z porozumienia zawartego dwa lata temu, realnie osłabi to bezpieczeństwo Europy. A zatem, negatywnie wpłynie na bezpieczeństwo Polski.

Po raz pierwszy od 1999 r. stajemy przed zupełnie nową sytuacją. Polska powinna oczywiście liczyć na lojalność całego sojuszu oraz na wsparcie Stanów Zjednoczonych w godzinie próby, ale też przygotowywać się na najgorsze. Z jednej więc strony musimy podejmować wszelkie dyplomatyczne zabiegi, by ocalić jedność NATO i pokazywać, że w obliczu rosyjskiego zagrożenia Zachód działa wspólnie, ale równocześnie szykować się na różne nieoczywiste scenariusze i zawierać dodatkowe bilateralne sojusze. A przede wszystkim uczyć się od Ukraińców, jak rozmaitymi sposobami i własnym pomysłem odeprzeć możliwy atak i zadać samemu agresorowi tak potężne ciosy, by wiedział, że za potencjalny atak na Polskę będzie musiał zapłacić straszną cenę.

Czytaj więcej

Marek A. Cichocki: Opieranie się na złudzeniach to recepta na katastrofę

Bo sygnał, jaki Trump wysyła Putinowi, zmniejszając liczbę amerykańskich wojsk w Europie do rozmiaru sprzed agresji na Ukrainę i nie dając jej Tomahawków, jest dla nas bardzo niepokojący.