Przymiarki do zmiany ustawy medialnej wyglądają dość zatrważająco. Platforma proponuje, by zarządy i prezesów mógł powoływać i odwoływać (w ważnych przypadkach, a więc de facto, kiedy zechce) – minister skarbu. Czyli rząd. Koncesje przyznawać będzie jednoosobowo szef UKE, także powoływany przez rząd. O wysokości opłat dla poszczególnych nadawców ma decydować minister finansów – czyli rząd. Jeśli projekt ustawy PO wejdzie w życie, żaden rząd nie będzie już musiał dokonywać specjalnych skoków na media. Będzie po prostu brał co jego. Po prostu minister podejmie decyzje – i już. Odwołuje prezesa. Ten projekt ma ułatwić – a nie utrudnić – manipulowanie mediami.
W paragrafie 32 projektu ustawy – jak ujawnił wczoraj Jan Pospieszalski w programie „Warto rozmawiać” – w sposób tajemniczy słowo „przedsiębiorcy” zostało zamienione na słowo „podmioty”. Dlaczego? Żaden z goszczących w programie polityków PO tez nie umiał tego wytłumaczyć. Pospieszalski uważa, że stworzy to możliwości przejmowania majątku telewizji przez bliżej nieokreślone „podmioty”.
Przypomnijmy sobie, jak wielkie zamieszanie wywołało pojawienie się słowa „lub czasopisma” w tej samej ustawie kilka lat temu.
Warto zażądać od autorów projektu szczegółowych wyjaśnień w tej sprawie. Warto też wesprzeć apel posłów dzisiejszej opozycji o wskazanie autorów tego dziwnego projektu. Bo to wygląda nie tylko na wielki bubel, ale – boję się – że i na coś więcej.
Wciąż jednak staram się wierzyć w dobre intencje choć części posłów Platformy i w ich plan uwolnienia mediów. Jednak – ponieważ z bliżej nieznanych mi powodów nie przygotowali się do rządzenia zbyt dobrze – teraz łatwo im wcisnąć dziwne dokumenty. Proponuję, by najpierw wyjaśnić, skąd wzięły się różne dziwne propozycje w tym dokumencie, a potem szybko wyrzucić ten papier do kosza. I wziąć się porządnie do roboty – nad nowym projektem.