Reklama

Wybory na niby

Decyzja PSL, by wystawić własnego kandydata w wyborach prezydenckich, jest zrozumiała.
Michał Szułdrzyński

Michał Szułdrzyński

Foto: Fotorzepa

Reklama
Reklama
Reklama

Ludowcy woleli zaryzykować nieznaną, jaką jest wynik w wyścigu o prezydenturę (który nigdy nie był dla nich łatwy), niż stracić trzy miesiące kampanii. Jednak decyzja o tym, kto będzie reprezentował ludowców, ma daleko idące konsekwencje. W efekcie bowiem spośród pięciu partii parlamentarnych tylko Platforma Obywatelska postawi na pełnokrwistego polityka. Pozostałe ugrupowania wystawią kandydatów „w zastępstwie". PiS stawia na Andrzeja Dudę w zastępstwie Jarosława Kaczyńskiego, SLD na Magdalenę Ogórek w zastępstwie Leszka Millera, a PSL na Adama Jarubasa w zastępstwie Janusza Piechocińskiego. Zmarginalizowany Janusz Palikot jest wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Taka konkurencja obniża rangę tych wyborów prezydenckich. Nie tylko tych zresztą, gdyż sytuacja może mieć poważne konsekwencje ustrojowe. Wybory w 1990 miały być starciem gigantów: Lech Wałęsa kontra Tadeusz Mazowiecki (to, że wyszło trochę inaczej, nie zmienia stanu rzeczy). Z kolejnymi wyborami było podobnie. Nawet starcie w 2005 roku odbyło się między siłami, które na dekadę zdominowały polską scenę polityczną – Platformą i PiS, Donaldem Tuskiem i Lechem Kaczyńskim.

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama