Thomas de Maiziere, minister spraw wewnętrznych ostrzegał już po lipcowym samobójczym zamachu w Ansbach, że nie może być mowy o „absolutnym bezpieczeństwie”. Władze były od dawna przygotowane na wielki zamach.

Nastąpił w chwili, gdy można się było go spodziewać. W atmosferze przedświątecznej, gdy pełne kupujących są centra handlowe, a świąteczne jarmarki pękają w szwach. W samym Berlinie jest ich ponad sto.

Zapewnienie bezpieczeństwa w każdym takim miejscu jest praktycznie niemożliwe. Niemieckie służby zajęte są od dawna obserwacją znanych im podejrzanych możliwość planowania aktu terroryzmu. Takich osób jest około pięciuset. Każdej z nich strzeże dzień i noc 25-30 policjantów i pracowników służb.

Niebezpieczeństwo grozi jednak także z innej strony, a mianowicie od tzw. samotnych wilków. To ludzie sfrustrowani do cna, zanurzeni w ideologii, która każe im zabijać tych, którzy okazali pomoc tysiącom ofiar wojny w Syrii i innych regionach.

Trudno oczekiwać od obywateli Niemiec, że wykazywać będą nadal pomoc, opiekę i zrozumienie, tak jakby się nic nie stało.

W maju odbędą się wybory do parlamentu Nadrenii Północnej Westfalii, landu liczącego 17 mln mieszkańców, który przyjął najwięcej uchodźców w ostatnich miesiącach. Zamach w Berlinie będzie miał wpływ na wynik tej elekcji. Podobnie jak na wynik wyborów do Bundestagu w wrześniu 2017 roku. Angela Merkel stara się o reelekcję po raz czwarty.

Wielu Niemców nie popiera jej polityki wobec uchodźców, postrzeganych w wielu kręgach jako największe, śmiertelne wręcz zagrożenie dla bezpieczeństwa. Ksenofobiczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) może liczyć w takich warunkach na wzrost popularności. Nie ma szans na wygranie wyborów i utworzenie rządu. Ale Niemcy po Berlinie nie będą już takie same.