#RZECZoBIZNESIE: Janusz Jankowiak: Wkrótce prawdziwy test odporności

W tej chwili wszyscy będą się zarzekali, że podwyżek podatków nie będzie, ale one nastąpią. Rząd będzie poddany ciśnieniu góry długów - mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, gość programu Pawła Rożyńskiego.

Aktualizacja: 01.07.2020 19:26 Publikacja: 01.07.2020 17:04

#RZECZoBIZNESIE: Janusz Jankowiak: Wkrótce prawdziwy test odporności

Foto: tv.rp.pl

Mamy najnowsze dane PMI dla Polski, 47,2 pkt. Jak pan ocenia ten rezultat?

Granicą dzielącą ożywienie od zapaści gospodarczej jest 50 pkt. Wzrost wskaźnika jest jednak dynamiczny, co oddaje wyraźną poprawę nastrojów menedżerów przemysłu. Podobnie dzieje się w innych krajach. Nie przywiązywałbym jednak do tego wskaźnika nadmiernej wagi. On nie mówi nam dużo o realnej sytuacji gospodarczej. Produkcja przemysłowa wciąż jest jeszcze na minusach. A nastroje są wciąż pod wpływem silnych programów stymulacji i ochrony, które rządy skierowały do gospodarki. Część z tych programów wygasła w czerwcu, inne wkrótce. Prawdziwy test odporności na kryzys i ożywienia gospodarczego przyjdzie, kiedy przestaną działać. Wtedy konsumenci, podmioty gospodarcze i przemysł będą musiały radzić sobie sami. Zobaczymy, jak wtedy będą wyglądały nastroje i wskaźniki.

Jak wygląda sytuacja Polski na tle innych krajów UE?

Nie ma specjalnie dużych różnic. Nastroje w UE się wyraźnie poprawiają, m.in. u największego partnera gospodarczego Polski czyli w Niemczech. Problem polega na tym, że skończyliśmy z osuwaniem się gospodarki, wzrost ustabilizował się na bardzo niskich poziomach. Tylko, co się stanie ze wzrostem, kiedy znikną instrumenty stymulacji popytu i zatrudnienia. Z teorii ekonomii wiemy, że po bardzo gwałtownej recesji następuje korekta, ale później najważniejsze jest na jakim poziomie gospodarka się ustabilizuje. Na razie wszystko wskazuje na to, że stabilizacja nastąpi na poziomach niższych niż przed kryzysem.

Czyli litery V raczej się nie doczekamy?

Odradzałbym posługiwanie się tymi skrótami literowymi. Jesteśmy w fazie, kiedy ekonomiści nie mówią o prognozach, tylko o scenariuszach. Na temat prognoz rozwoju gospodarki będzie można powiedzieć coś pewniejszego na przełomie III i IV kwartału. Takiego zamknięcia gospodarki z jakim mieliśmy do czynienia na świecie już nie będzie. To się nie może powtórzyć, bo gospodarka i finanse publiczne by nie wytrzymały. Liczenie, że w razie powrotu pandemii nastąpi przywrócenie programów stymulujących i osłonowych jest słabo osadzone w realiach.

Wielu przedsiębiorców wciąż liczy, że po wygaśnięciu obecnych programów pojawią się kolejne tarcze ochronne.

W mojej opinii nie będzie już takich programów osłonowych. Na świecie i w Polsce mówi się o nowym programie stymulacji popytu inwestycyjnego. Bardzo ładnie zagrało to w gospodarce niemieckiej, gdzie ten program jest ogromny. Niektórzy twierdzą, że pakiety stymulacyjne były tam zbyt obfite. Tam są środki, żeby wyasygnować fundusze na wsparcie inwestycji publicznych i liczyć na to, że w jakiś sposób pociągną gospodarkę. W Polsce też się o tym mówi, ale środków może nie być tyle, ile potrzeba. Jest też problem, gdzie będą uplasowane. Wielkie inwestycje infrastrukturalne to zbyt mało, żeby mówić o wsparciu dla realnej gospodarki po wycofaniu programów pomocowych.

Ma pan na myśli CPK?

Tak, chodzi o program wielkiego lotniska. Żeby miało wpływ na realną gospodarkę musiałoby być znacznie bardziej starannie obmyślane.

Jak głęboka recesja może być w tym roku w Polsce?

Konsensus oscyluje w granicach 4-5 proc. recesji w tym roku. Jest też pewien wskaźnik prognostyczny, który oceniany jest jako dosyć pesymistyczny. Prognozy OECD mówią o znacznie głębszym załamaniu polskiej gospodarki, w granicach 6-7 proc., albo nawet głębszym w przypadku drugiej fali pandemii. Cały czas mówimy o scenariuszach prognostycznych. Najważniejsze, co się stanie w gospodarce światowej i Polski nie w 2021 r, ale później. Kluczowe jest nie to, czy gospodarka da radę odbić się na poziom, który przekracza dynamikę tegorocznego spadku, tylko najbardziej interesujące będzie to, co się stanie w gospodarce w 2022 r. To odległy horyzont, ale instytucje międzynarodowe, które robią prognozy powyżej 6 kwartałów, wskazują, że w 2022 r. czeka nas ponowne spowolnienie wzrostu gospodarczego w stosunku do 2021 r. Musimy się zacząć oswajać z myślą, że w okresie najbliższych 2-3 lat gospodarka będzie nadrabiała z trudem straty poniesione w wyniku epidemii. Poziom aktywności gospodarczej to będzie 80-90 proc. Dokonują się zmiany strukturalne polegające na wypadnięciu części podaży, ale również na istotnych zmianach we wzorcach zachowań konsumentów.

Jest szansa, że kryzys obejdzie się z nami łagodniej niż z inny mi krajami, podobnie jak w 2009 r.?

Kluczowa jest sytuacja w gospodarce niemieckiej. Jeśli Niemcy poradzą sobie bardzo dobrze z kryzysem, mimo obciążenia finansów publicznych, jest duża szansa, że polska gospodarka przy okazji da radę nadrobić trochę dystansu wobec innych, którzy nie mają tak ścisłych związków z największą gospodarką strefy euro. Na razie to wszystko jest gdybanie. Nie widzę podstaw, żeby twierdzić, że u nas kryzys będzie łagodniejszy niż w innych krajach europejskich, z wyjątkiem oczywiście tych, gdzie waga turystyki w PKB jest dwucyfrowa.

Mamy do czynienia z wymuszonym zadłużaniem się krajów. Myśli pan, że w tym roku możemy dojść do granicy konstytucyjnej relacji długu do PKB? Władzy może wejść w krew tego typu działania?

Po to, żeby można było sfinansować programy osłonowe, trzeba będzie znacząco powiększyć dług publiczny. On nie jest powiększany w Polsce w sposób przejrzysty. Spora część zadłużenia mieści się poza obrębem sektora finansów publicznych. Mieści się w PFR i BGK. Olbrzymią rolę odgrywa NBP, który uruchomił program skupu aktywów w postaci długu państwowego, co budzi wiele wątpliwości z tytułu struktury polskiego sektora finansowego. Dług z rynku wtórnego skupowany jest przez NBP z banków i instytucji państwowych. Najważniejsze jest to, żebyśmy zdawali sobie sprawę, że mówiąc o wielkości maksymalnego konstytucyjnego długu, mówimy cały czas o terminologii polskiej państwowego długu publicznego. Ten dług w relacji do PKB przekroczy w tym roku 60 proc., ale będzie liczony wg metodologii Eurostatu. To oznacza, że politycy wykorzystają furtkę między terminologiami liczenia długu, żeby stwierdzić, że nie nastąpiło przekroczenie. Przy okazji nowelizacji ustawy budżetowej trzeba będzie zawiesić stabilizującą regułę wydatkową. To, co się dzieje w obszarze polskich finansów publicznych po pandemii, w wyniku znacznego przyrostu długu, jest powodem do niepokoju.

Spodziewa się pan podnoszenia podatków?

W sytuacji gwałtownego przyrostu długu stosowane są 3 instrumenty. Ważne jest, żeby koszty obsługi długu rosły wolniej niż nominalne tempo PKB. Ale, żeby dług wtedy dalej nie przyrastał wydatki nie mogą być obciążone zobowiązaniami zdeterminowanymi. Ciężar długu zmniejsza inflacja, bo ona redukuje realną wielkość długu. Stosuje się też represje finansowe, co polega na zniechęcaniu do oszczędzania. Dochody z oszczędności są poniżej poziomu inflacji. Po trzecie, podwyższa się podatki. Sądzę, że zastosowane zostaną wszystkie dostępne instrumenty ekonomiczne redukcji ciężaru zadłużenia. W tej chwili wszyscy będą się zarzekali, że podwyżek nie będzie, ale one nastąpią. Rząd będzie poddany ciśnieniu góry długów. Podwyżki podatków oczywiście nie stymulują gospodarki. Gdyby nastąpiły w fazie słabego wzrostu byłby to negatywny bodziec. Pomimo tego trzeba się z tym liczyć.

Gospodarka
Zagraniczne firmy zaczęły nieco lepiej oceniać Polskę. Stanęliśmy na podium
Materiał Płatny
LIST OTWARTY
Gospodarka
Polityka nadal rządzi w państwowych spółkach
Gospodarka
Kadrowa rewolucja wolniejsza niż za PiS, ale rekrutacja często pozorna
Gospodarka
Rząd Portugalii przed trudnym zadaniem