Dokładnie 4896,7 mld zł, czyli innymi słowy prawie 5 bln zł, to skumulowana wartość polskich towarów, jakie kupili od nas Niemcy w latach 2005-2025. To przedział czasowy odpowiadający 21 pełnym latom obecności Polski w UE, a tym samym w unii celnej i w strefie wolnego przepływu towarów za granicę. Oznacza to, że średnio w każdym roku przez te nieco ponad dwie dekady wystawialiśmy Niemcom faktury na 233 mld zł. Gdybyśmy przeliczyli tę kwotę na osobę, to średnio od każdego z Polaków Niemcy kupili towary o wartości ok. 130 tys. zł.

Doliczając natomiast 215,1 mld zł z I połowy tego roku, osiągamy całkowitą wartość eksportu do Niemiec od akcesji do UE przekraczającą 5 bln zł, a konkretnie – 5112 mld zł. Kwota, która z jednej strony robi wrażenie, a z drugiej – z racji na dość niebotyczną wartość – pozostaje abstrakcyjna i trudna do zrozumienia. Aby więc lepiej oddać zjawisko, można wskazać, że to wartość niewiele mniejsza niż łączne PKB Polski w pięciu kolejnych latach naznaczonych przystąpieniem do unii celnej: 2004, 2005, 2006, 2007 i 2008. To też o ok. 30 proc. więcej niż wartość PKB Polski w 2025 r.

Czytaj więcej

Berlin szykuje sankcje na Rosję, USA przejmują wenezuelską ropę

Gospodarka głodna polskich produktów

RFN pozostaje największą gospodarką Europy, a niemieccy konsumenci mają największą siłę zakupową w Zachodniej Europie od lat 50. XX wieku, czyli momentu, gdy na kontynencie ukształtował się nowy powojenny porządek gospodarczy. Pod kątem skali produkcji i mocy przemysłowych Bundesrepublika ustępowała na kontynencie jedynie Związkowi Sowieckiemu. Po przerysowaniu mapy Europy na początku lat 90. – połączenie wschodnich i zachodnich Niemiec oraz rozpad sowieckiego kolosa – prymat Niemców stał się już niepodważalny.

Dziś gospodarka tego kraju (5,05 bln dol.) przewyższa o 26 proc. gospodarkę brytyjską, o 50 proc. francuską i o 97 proc. rosyjską. Rozpędzony przez lata dobrej koniunktury przemysł – mimo jazdy pod górę w ostatnich kilku latach – wciąż pracuje na bardzo wysokich obrotach i wciąż domaga się dostaw. Podobnie jak tamtejsze gospodarstwa domowe, które nadal mają ogromną siłę nabywczą. Korzystają na tym polscy dostawcy i producenci – od wielu lat na Niemcy przypada 25-30 proc. naszego eksportu. Mówiąc inaczej, za co czwartym sprzedanym przez polskie firmy towarem stoi niemiecki klient. To oczywiście nasz największy i najważniejszy partner handlowy na świecie.

– Licząc w kategoriach wartości dodanej, realna zależność jest mniejsza: niemiecka wartość dodana to tylko ok. 6 proc. polskiego eksportu brutto. Mówiłbym więc raczej o silnej koncentracji geograficznej niż o strukturalnym uzależnieniu bez alternatywy, bo inne kraje regionu mają większe uzależnienie od nas – komentuje Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Najwięcej pociechy z dużego apetytu niemieckich firm na polskie towary mają producenci maszyn i urządzeń. Tylko w 2025 r. wystawili oni Niemcom faktury na 102,7 mld zł. Na dalszych miejscach jest branża związana z pojazdami i urządzeniami transportowymi (52,7 mld zł), sektor metali szlachetnych i nieszlachetnych (37,3 mld zł) oraz sektor spożywczy (34,8 mld zł).

Bliskość tak dużej gospodarki ma też minusy

Opisując wpływ Niemiec na europejską, w tym polską, gospodarkę, trudno o bardziej plastyczną metaforę niż trawestacja słynnego powiedzenia Klemensa von Metternicha: „Gdy Niemcy kichają, Europa dostaje zapalenia płuc”. Piotr Arak nazywa to zjawisko „importowaniem cyklu koniunkturalnego” i wymienia jako największy koszt, jaki polska gospodarka ponosi ze względu na bliskie więzy biznesowe obu krajów. Ale nie jedyny.

– Drugi koszt to wciąż relatywnie niska pozycja w łańcuchu wartości. Duża część inwestycji niemieckich w Polsce ma charakter montażowo-produkcyjny, z niewielkim udziałem B+R, które Niemcy trzymają u siebie – zauważa Arak.

Ekonomiści zwracają też uwagę, że przeformatowanie dotychczasowych relacji handlowych na świecie, np. ekspansywna polityka gospodarcza Chin, może odbić się na mniejszej importochłonności niemieckiej gospodarki. Tu również rykoszetem dostanie Polska.

Czytaj więcej

Po Trumpie czas na Londyn. Polska zabiega o utrzymanie miejsca przy stole G20

– Załamanie ich modelu wzrostu na podstawie eksportu, zbytniej oszczędności i niedostatecznej konsumpcji wewnętrznej będzie nam ciążyć w kolejnych latach. W interesie Polski byłoby, by władze w Berlinie dokonały reorientacji w polityce gospodarczej – zwraca uwagę ekonomista VeloBanku.

Nie tylko eksport, nie tylko handel

Siłę nabywczą niemieckich konsumentów odczuwają też polscy usługodawcy i sprzedawcy bezpośrednio w kraju – według szacunków GUS Niemcy odpowiadają za ponad połowę (51,5 proc.) całkowitych wydatków cudzoziemców w naszym kraju. Tylko w 2025 r. cudzoziemcy wyjeżdżający z Polski do Niemiec zadeklarowali, że wydali w Polsce prawie 18 mld zł. W I kwartale tego roku było to kolejne 4 mld zł.

Handel to jednak tylko część naszych zależności gospodarczych z Niemcami, które wspierają wzrost polskiego PKB. Sąsiedzi zza Odry to też istotni dostawcy kapitału, technologii i know-how do naszej gospodarki. Dane NBP wskazują, że w 2024 r. napłynęło do nas 8,2 mld zł kapitału netto z Niemiec. Więcej tylko z Holandii i firm zarejestrowanych w Luksemburgu. Rok wcześniej było to 10,2 mld zł, a jeszcze rok wcześniej – 30,2 mld zł. Łącznie, w ciągu dekady 2015-2024, niemieckie inwestycje w Polsce osiągnęły wartość 136 mld zł netto (uwzględniając wycofywany kapitał).

Ponadto, jak przypomina Niemiecko-Polska Izba Handlowa AHK, w końcu 2025 r. nad Wisłą działało 8,7 tys. firm z niemieckim kapitałem. Strona niemiecka szacuje, że firmy te tworzyły w Polsce prawie 500 tys. etatów.

Od 2005 r. polska gospodarka urosła ponad trzykrotnie: z 307 mld dol. do 1040 mld dol. na koniec 2025 r. I nie zwalnia – w II kwartale 2026 r. PKB Polski urósł realnie o 3,9 proc. Jak duża część tego wzrostu jest generowana przez współpracę gospodarczą z Niemcami? Piotr Arak wylicza, że niemiecki popyt finalny oraz eksport pośredniczący – czyli sprzedaż polskich komponentów, które trafiają do Niemiec, a stamtąd w gotowych produktach dalej na świat – odpowiadają dziś za 9,5-9,7 proc. polskiego PKB.

Można szacować, że 11-12 proc. wzrostu polskiej gospodarki od 2005 r. jest pośrednio lub bezpośrednio powiązany z RFN – wyjaśnia ekonomista.

– Większość wzrostu to efekt akcesji Polski do UE jako całości, dywersyfikacji rynków eksportowych, wzrostu produktywności, popytu krajowego i konwergencji dochodowej – dodaje Arak.

Uniknęliśmy losu Rumunii i Szwecji

Choć dokładny i bezsporny wpływ Niemców na rozwój naszej gospodarki w ostatnich dwóch dekadach jest trudny do zmierzenia, to nie ma wątpliwości, że jako kraj korzystamy na bliskości geograficznej największej gospodarki Europy i trzeciej gospodarki świata.

To tym istotniejsze, że na podobną „dywidendę lokalizacyjną” nie możemy liczyć od wschodnich czy północnowschodnich sąsiadów. Relacje biznesowe z Rosją i Białorusią są nikłe z oczywistych przyczyn. Z kolei Litwa jest na tyle małym krajem (PKB mniejsze niż województwa śląskiego), że jej wpływ na nasz narodowy dobrobyt jest minimalny. Liczące się gospodarczo sąsiedztwo mamy jeszcze z Czechami, które są drugimi odbiorcami naszych towarów.

Niemniej tak dużego i prężnego gospodarczo sąsiada jak Niemcy może nam pozazdrościć chociażby Rumunia, będąca od kilku lat na podobnej ścieżce wzrostu gospodarczego co Polska. Rumunia bowiem, jako jeden z zaledwie czterech europejskich krajów – obok Wielkiej Brytanii, Szwecji i oczywiście Niemiec – nie graniczy z żadnym krajem, którego gospodarka byłaby większa niż jej własna. My jeszcze przez wiele lat będziemy korzystać na dużym sąsiedzkim popycie na polskie towary i usługi – na koniec 2025 r. PKB Niemiec był wyższy od naszego pięciokrotnie. Warto podkreślić, że w dniu dołączenia Polski do unii celnej różnica ta była 10-krotna, a jeszcze dekadę wcześniej, tj. w 1995 r., aż 18-krotna.