Wyznaczane przez Główny Urząd Statystyczny wskaźniki koniunktury konsumenckiej i gospodarczej lecą w dół. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej, który opisuje obecne tendencje konsumpcji indywidualnej, wyniósł w marcu minus 39 i był o 11,3 pkt proc. niższy w stosunku do poprzedniego miesiąca. Na dużych minusach są też marcowe wskaźniki koniunktury w przetwórstwie przemysłowym, budownictwie, handlu detalicznym, ale też hurtowym, transporcie i gospodarce magazynowej, a także zakwaterowaniu i gastronomii.

Czytaj więcej

Konsumenci sparaliżowani strachem. Największy pesymizm od dwóch dekad

Droga do recesji

– Czekaliśmy na te dane z wypiekami. Teraz wiemy już niemal wszystko o nastrojach polskich przedsiębiorstw i konsumentów w marcu. Badania koniunktury GUS były przeprowadzane odpowiednio w okresie 1–10 i 7–16 marca, w całości zatem obejmują okres wojny w Ukrainie i obowiązywania różnego rodzaju sankcji nałożonych na Rosję – mówią analitycy Banku Pekao pod wodzą jego głównego ekonomisty Ernesta Pytlarczyka. – Werdykt, jeśli chodzi o wpływ tej sytuacji na polską gospodarkę, jest oczywiście negatywny – dodają.

Zauważają przy tym m.in., że skala spadków wskaźników koniunktury jest porównywalna z wahnięciami w czasach pandemii, że bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej spadł do najniższego poziomu w historii badania, a przy okazji zobaczyliśmy też skokowy wzrost oczekiwań inflacyjnych. I oceniają, że marcowe poziomy wskaźników koniunktury są praktycznie recesyjne, zbliżone do tych z lat 2012–2013.

– Rząd robi wszystko, co możliwe, żeby do recesji doprowadzić – mówi tymczasem „Rzeczpospolitej” Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. I tłumaczy, że załamanie się koniunktury, pogorszenie nastrojów konsumenckich, na skutek wzrostu niepewności i ryzyka geopolitycznego, jest wytłumaczalne. – Tak powinno być i byłoby dziwne, gdyby było inaczej. Jest to jednak czynnik czasowy, okresowy. Rząd dosypuje pieniądze do gospodarki, tak jak by mu zależało, żeby ten dołek nieco zasypać. W tym samym czasie jednak bank centralny robi wszystko, co możliwe, żeby ten dołek był większy, bo podnosi cenę pieniądza, restrykcyjność polityki pieniężnej – mówi Janusz Jankowiak. – Trudno doszukać się w tym jakiejś logiki, nie ma synchronizacji działań. Może się zdarzyć, że wydłużony okres pogorszenia koniunktury i ryzyka geopolitycznego zmusi NBP do tak znaczących podwyżek stóp procentowych na drodze walki z inflacją, którą rząd napędza, dosypując pieniądze, że zadusi gospodarkę własnymi rękami – tłumaczy.

Jego zdaniem to bardzo prawdopodobny scenariusz. – To pcha nas w stronę recesji. Nie ma co do tego wątpliwości – mówi ekonomista prof. Witold Orłowski. Czy wepchnie? – Wiele zależy od tego, czy i kiedy sytuacja się unormuje. Rząd tymczasem nie prowadzi dziś polityki gospodarczej. Jest dryf – przekonuje. Wskazuje, że efekty finansowe napływu uchodźców są nieznane. Ponadto, w czwartek dowiedzieliśmy się też, że rząd ma zamiar zrezygnować z kilkunastu miliardów złotych wpływów z PIT w ramach naprawy Polskiego Ładu. – Nie jest to element przemyślanej polityki, lecz działanie ukierunkowane na ratowanie wizerunku. A NBP jest od wielu miesięcy bezradny wobec tego, co się dzieje i co jest winą jego błędów w przeszłości – mówi prof. Orłowski. Jego zdaniem w optymistycznym scenariuszu tegoroczny wzrost gospodarczy sięgnie 1 proc.

Mniej pesymizmu ma Jakub Borowski, główny ekonomista Banku Credit Agricole Polska. – Będziemy mieć wysoki poziom aktywności gospodarczej w pierwszym kwartale, podbity przez solidny wzrost produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej, ożywienie usług i normalizację postpandemiczną – mówi. Zastrzega, że chodzi o wzrost w stosunku do IV kw. 2021 r. – To oznacza, że na starcie będziemy mieć wysoki wzrost PKB. Gdyby utrzymał się przez cały rok, mielibyśmy wzrost w okolicach 4 proc. Ale w II kw. aktywność gospodarcza spadnie w stosunku do I kw. – uważa Borowski.

Czy w III kw. też będzie spadek? – Wiele zależy od deeskalacji działań wojennych w Ukrainie – odpowiada Borowski. Analitycy Credit Agricole spodziewają się jej właśnie w III kw. Wtedy spadku aktywności najpewniej by nie było. Nastąpiłoby silne odbicie konsumpcji, która mocno wyhamuje w II kw., a także poprawa nastrojów konsumenckich. Uniknęlibyśmy recesji. – Gdyby jednak działania wojenne przybliżałby się do naszej granicy i rosłoby ryzyko dalszego ich rozlania się, nie można wykluczyć płytkiej recesji – mówi Borowski. Zwłaszcza że nastroje i tak obniża wysoka inflacja i rosnące stopy procentowe.

Warto ponieść tę cenę

Na Zachodzie pojawiają się głosy ekonomistów, że być może warto zapłacić recesją, wywołaną m.in. wyższymi kosztami zakupów nośników energii poza Rosją, za uniezależnienie się od Kremla.

– To oczywisty wybór – ocenia Jankowiak. W sytuacjach kryzysowych rośnie skłonność do reform, bo koszty i tak zostaną poniesione. Warto to wykorzystać, by takich problemów uniknąć w przyszłości – dodaje.

– Jest oczywiste, że w czasie wojny wydaje się tyle, ile trzeba wydać. Wzrostem długu, recesją płaci się za rzeczy ważniejsze – uważa prof. Orłowski.