Liczył pan zdobyte nagrody?
Marek Lechki:
Nie, ale trochę się ich uzbierało.
Czytaj więcej - serwis Młode Kino
Jest ich już 17. M.in. w konkursie „1-2" Warszawskiego Festiwalu Filmowego i za reżyserski debiut na festiwalu w Gdyni. To dla „Erratum". Ale jest też wcześniejsza o osiem lat gdyńska Nagroda Specjalna Jury...
Tę pierwszą dostałem za telewizyjny godzinny film „Moje miasto". Byłem wtedy tuż po szkole – Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
Debiutował pan w ramach "Pokolenia 2000", dobrego telewizyjnego projektu dla debiutantów. Powstały w nim takie filmy jak: „Bellissima" Artura Urbańskiego, „Moje pieczone kurczaki" Iwony Siekierzyńskiej, „Inferno" Macieja Pieprzycy oraz pana „Moje miasto"...
To był dla mnie szczęśliwy zbieg okoliczności. Wytworzyło się środowiskowo-medialne ciśnienie, że powstaje za mało debiutów. I dostaliśmy szansę.
Jako reżyserzy obudziliście wielkie nadzieje. I co? Dlaczego na „Erratum" trzeba było czekać aż osiem lat?
Był w tym i mój duży błąd. Kiedy startowałem jako reżyser, nie wiedziałem, jak ten system działa, co trzeba robić, by zachować ciągłość w realizowaniu filmów. Scedowałem wszystko na jeden projekt i czekałem aż znajdą się pieniądze. A czasy są takie, że trzeba mieć dwa, trzy projekty równocześnie.
„Moje miasto" łączy z „Erratum" nie tylko postindustrialne tło, ale i poruszany problem...
Tak, oba moje filmy mówią o podobnej kwestii – dojrzewaniu. W przypadku „Erratum" dodatkowym, istotnym elementem dramaturgii stał się konflikt wewnątrz rodziny. Relacje ojca z synem. Nieoczekiwane spotkanie z miejscami i ludźmi z przeszłości sprawiają, że bohater mojego filmu – Michał – zaczyna dokonywać poważnego rozrachunku.
Na ile „Erratum" jest osobistą opowieścią?
Nie jest to autobiografia, chociaż bohater to 30-latek jak ja. Jednak na scenariusz składają się różne elementy i tematy, które wydają mi się lub wydały ważne. Noszę je w sobie, a potem dramaturgicznie przetwarzam.
Podobno bardzo długo zastanawiał się pan nad tytułem. Czy równie długo trwały poszukiwania głównego aktora?
Nie, tu nie miałem wątpliwości – wiedziałem, że to rola dla Tomasza Kota. Podobnie jak przy wyborze filmowego ojca. Pytanie brzmiało tylko, czy uda się zgrać terminy zdjęć.
Dał pan szansę zagrania dramatycznych ról aktorom kojarzonym z lżejszymi przedsięwzięciami. Choćby Ryszardowi Kotysowi, którego publika kojarzy głównie z serialem „Świat według Kiepskich"...
Przecież to wspaniały aktor, który ma za sobą wiele filmowych doświadczeń, a zaczynał od „Pokolenia" Andrzeja Wajdy. Nie z powodu popularności zaproponowałem im udział w filmie, ale dlatego, że gwarantowali mi najwierniejsze oddanie emocji, które były w scenariuszu.
Całkiem inne emocje wywołuje chyba zbitka nazwisk obu aktorów?
Nie brakowało dowcipnych komentarzy na ten temat, ale żeby było ciekawiej, podobno Tomasz Kot z Ryszardem Kotysem spotkali się kilka lat temu na planie jakiegoś serialu i doszli do wniosku, że muszą zagrać ojca i syna. Ja im to umożliwiłem. Ze znakomitym skutkiem.