Było wiele filmów o śląskiej biedzie, ale "Ewa" operatora Adama Sikory i dramaturga Ingmara Villquista zajmuje wśród nich miejsce szczególne.

Zobacz fotosy z filmu

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Może nieraz? Giza, matka dwojga dzieci, której mąż stracił pracę, godzi się do sprzątania w katowickiej firmie. Tyle że to agencja towarzyska. Po jakimś czasie kobieta awansuje na barmankę, potem przychodzi kolejna propozycja. Albo będzie przyjmować klientów, albo wyleci z roboty.

Biblijna Ewa zgrzeszyła, chcąc spróbować zakazanego owocu. Śląska Ewa robi to z biedy. Ten grzech ją boli. Ale kto ma wykarmić dwoje dzieci, zapłacić rachunki za czynsz?

Jednak siła filmu polega na tym, że Giza (Barbara Lubos-Święs) nie jest wyłącznie ofiarą skrzywdzoną przez biedę i transformację. Ta kobieta ociera się o świat, który w jakiś sposób jej imponuje. Na swojej ulicy, umalowana i w sukience mini, będzie wytykana palcami. Ale przecież jej dłonie przestały być szorstkie, włosy ma zadbane, a w torebce nosi komórkę.

Niejednoznaczną postacią jest mąż Gizy wyrzucony z roboty w kopalni. To górnik, dla którego odpowiedzialność, przyjaźń, miłość, dobro i zło nie mają półcieni. A jednocześnie mężczyzna, który nie potrafi zapewnić bytu rodzinie. Co ma powiedzieć, widząc żonę wracającą ze "sprzątania" w nowych ciuchach? Bogata w niuanse i subtelności gra Andrzeja Mastalerza znakomicie oddaje jego wewnętrzny dramat.

Kamera Adama Sikory rejestruje ogromny kontrast między nowoczesną metropolią i biednymi przedmieściami.

Ale "Ewa" nie jest nachalnym obrazem społecznym. To raczej opowieść o codziennych sytuacjach, które człowieka przerastają, o meandrach współczesnej moralności, o rodzinie narażonej na ciężką próbę, a wreszcie o ułomności jednoznacznych ocen.

Pełne niebanalnych obserwacji, skromne, ciekawe kino.

Barbara Hollender