Z pasją dociekliwego badacza ukazywał frustracje i pustkę egzystencji swoich bohaterów, zawsze nazywających się Adaś Miauczyński, choć granych przez różnych aktorów (Kondrat, Wysocki, Pazura, Chyra). Po sześciu latach nieobecności Adaś powrócił w „Baby są jakieś inne" ucieleśniony przez Adama Woronowicza, a także, przewrotnie, jako podpisany w czołówce scenarzysta.
Fabuła jest tym razem niezmiernie prosta. Miauczyński i ten Drugi (Więckiewicz) jadą razem nocą samochodem. Nie wiemy, kim są, jakie są relacje między nimi ani dokąd i po co jadą. Przez ok. 90 proc. czasu ekranowego nie opuszczają pojazdu i gadają, gadają, gadają...
Film zaczyna się sceną, w której ktoś zajeżdża im drogę. Sygnalizuje chęć skrętu w prawo, ale skręca w lewo. Kierowcą jest kobieta, co wyzwala to w mężczyznach lawinę narzekań i wspomnień o „babach za kierownicą". A potem idzie już z górki. Katalog zarzutów wobec odmiennej płci rozszerzy się do monstrualnych rozmiarów.
Przytaczając przykład za przykładem, panowie się nakręcają. W kobietach denerwuje ich wszystko. Od przeszukiwania bez rezultatów zbyt dużych torebek, używania kart płatniczych do opłacenia małych rachunków, nadmiernej gadatliwości i podwójnych nazwisk dziennikarek telewizyjnych, po przymierzanie możliwości seksualnych partnerów do wyimaginowanych standardów zaczerpniętych z poradników dla pań.
Adaś sprawia wrażenie intelektualisty: oskarżenia stara się formułować kompleksowo i podpierać je statystykami, odwołuje się do badań naukowych. Drugi jest bardziej prostolinijny, chwilami nawet wulgarny, jego oskarżenia roją się od gramatycznych błędów. Ale co do istoty rzeczy, obaj zgadzają się całkowicie. Z ich niekończących się dialogów wynika jedno: żyjemy w świecie współczesnej „Seksmisji". Kobiety, na pozór istoty irracjonalne, dobrze wiedzą, czego chcą – pełnej władzy nad mężczyznami. Im zaś już tylko się wydaje, że jeszcze coś od nich zależy.
Komediodramat, Polska 2011, scen. i reż. Marek Koterski