Sugestywny obraz, wizyjność, atmosfera, klimat, słowem wszystko, co buduje nastrój maksymalnego autentyzmu – to wyróżniki kina brytyjskiego reżysera uważanego za najbardziej wpływowego przybysza z Wysp w hollywoodzkim imperium. Oczekiwania wobec „Prometeusza" były więc – co zrozumiałe – ogromne. Ale nie otrzymaliśmy nic poza filmem science fiction na względnie przyzwoitym poziomie. Okazja do spektakularnego wskrzeszenia serii o Obcych została zmarnowana.
Można się teraz zastanawiać, po co w ogóle doszło do tej niepotrzebnej reaktywacji? Chyba po raz kolejny – jak ostatnio w przypadku „Niesamowitego Spider-Mana" – chodzi tylko o pieniądze. Od końca maja, kiedy film wszedł na ekrany, „Prometeusz" zarobił już prawie 300 mln dol. przy budżecie sięgającym 130 mln. Za tak ogromne kwoty można było, oczywiście, zrealizować – i zrealizowano – satysfakcjonujący wizualnie spektakl, ale kino to nie tylko obraz. Tymczasem za kadrami imponującymi rozmachem i estetyką nawiązującą m.in. do rysunków Williama Blake'a stoi niezborna opowieść z narracyjnymi ubytkami, siląca się na międzygwiezdny esej filozoficzny, a będąca jedynie kosmiczną pomyłką.