Soderbergh w ostatnich trzech latach pracował bardzo intensywnie, reżyserując sześć filmów. Stwierdził jednak, że twórcy traktowani są przez producentów „koszmarnie" i z każdym rokiem gorzej. Nie chodzi wyłącznie o wielkie studia — powiedział. — Reżyserów traktują źle wszyscy inwestorzy. — Zakładają, że nic nie wiedzą oni o potrzebach publiczności, a siebie uważają za jej przedstawicieli.
Steven Soderbergh wspominał lata 70., jako złoty czas kina, gdy artyści mieli znacznie większą wolność.
— W czasach mojej młodości szacunkiem darzono tych, którzy robili kasowe filmy i tych, którzy robili wspaniałe filmy — mówi 50-letni Soderbergh. — Dzisiaj na wsparcie i dobre traktowanie mogą liczyć tylko ci pierwsi.
Reżyser zapowiedział, że thriller psychologiczny „Side Effect" z Channingiem Tatumem, Rooney Marą, Catherine Zetą-Jones i Judem Lawem będzie jego ostatnią produkcją adresowaną do widzów kinowych.
— Ale to nie znaczy, że w ogóle przestanę reżyserować — wyznał Soderbergh magazynowi „Volture". — Będę pracował dla teatru i dla telewizji.
Dodał też, że wymagający widzowie coraz częściej ambitnego repertuaru szukają właśnie w płatnych telewizyjnych kanałach. Swój kolejny obraz „Behind the Canelabra", którego bohaterem jest ekscentryczny showman Liberace, realizuje dla HBO. W filmie grają Michael Douglas (Liberace) i Matt Damon (jego kochanek Scott Thorson). Nie jest wykluczone, że właśnie perypetie z tym tematem tak bardzo zraziły Soderbergha do kina. Studia hollywoodzkie długo analizowały projekt, a wreszcie odmówiły mu finansowania tłumacząc, że jest „zbyt gejowski" dla szerokiej publiczności.
„Side Effects" („Skutki uboczne") — historia młodej kobiety, która w niespodziewany sposób reaguje na lekarstwo przepisane jej przez psychiatrę – wejdzie do amerykańskich kin 8 lutego. Trudno uwierzyć, by była to rzeczywiście ostatnia premiera filmowa Stevena Soderbergha. Na szczęście, artyści często wycofują się z podobnych deklaracji.