Reklama
Rozwiń
Reklama

Violette - recenzja filmu

Przejmujący portret francuskiej pisarki w „Violette” Martina Provosta. Od piątku na ekranach - pisze Barbara Hollender.

Publikacja: 12.08.2014 09:35

Emmanuelle Devos (Violette Leduc) i Sandrine Kiberlain (Simone de Beauvoir)

Emmanuelle Devos (Violette Leduc) i Sandrine Kiberlain (Simone de Beauvoir)

Foto: Aurora Films

– Mam 40 lat, niczego przed sobą, jestem sama, bez miłości, pieniędzy, niczego – mówi tytułowa bohaterka filmu „Violette" Martina Provosta.

Zobacz galerię zdjęć

Twórczość francuskiej pisarki Violette Leduc w Polsce znana jest głównie romanistom. Ale we Francji feministka i skandalistka, związana wieloletnią przyjaźnią z Simone de Beauvoir, odniosła spore sukcesy. W latach 60. jej książki były kupowane i popularne, autorka – jak pisano – otarła się o Nagrodę Goncourtów. Leduc odkrywała seksualność kobiety, prowokowała, opisując związki lesbijskie, często zresztą oparte na własnych wspomnieniach.

Jej twórczość rodziła się z cierpienia. W filmie jest scena, w której mąż zachęca ją do pisania. „Matka nigdy nie wzięła mnie za rękę" – tak Violette zaczyna pierwszą powieść „L'Asphyxie" („W więzieniu jej skóry"), którą potem chwalili Sartre, Cocteau i Genet.

Leduc szokowała. W 1955 roku z jej powieści „Ravages" zostały usunięte przez wydawcę mocne wątki lesbijskie. Wróciła do nich 11 lat później w osobnej książce „Therese i Isabelle".

Reklama
Reklama

W „Violette" Prevost też śledzi jej urzeczenie Simone de Beauvoir, nie tylko jako pisarką, lecz również jako kobietą. I pogłębiające się poczucie odrzucenia, gdy de Beauvoir zagrzewa do pracy, ale jej uczucia nie chce. Pokazuje też życiową szamotaninę, trudne relacje z matką, wreszcie kryzys nerwowy i  popadanie w chorobę.

„Brzydota jest dla kobiety śmiertelnym grzechem" – mówiła. Ile trzeba mieć w sobie kompleksów i goryczy, żeby takie zdanie powtarzać? Ile trzeba mieć żalu, żeby starej matce wykrzyczeć: „Nigdy mnie nie chciałaś! Ojciec też mnie nie chciał! Nikt nigdy mnie nie chciał!". Na ekranie Violette Leduc, z tym swoim niedopasowaniem do świata, jest jednak bardzo wiarygodna i przejmująca. Głównie dzięki Emmanuelle Devos, która naszkicowała portret wyrazisty, lecz nie przeszarżowany. Wykazała się dużą odwagą. Zagrała swoją rolę nie tylko bez makijażu, ale też bez wyznaczenia sobie bariery bezpieczeństwa.

Feministki kojarzą się zwykle z osobami silnymi, znającymi własną wartość. Martin Provost opowiada o kobiecie, która wpisała się w początki tego ruchu, ale sama utkana była z bólu. Violette Leduc w 1964 roku odniosła wreszcie zawodowy sukces, gdy wydała autobiograficzną „La Batard" („Bękart"). Pod koniec filmu roześmiana Devos rozdaje autografy tłoczącym się wokół niej kobietom. Ale po obejrzeniu „Violette" trudno nie pomyśleć, jak wysoką cenę trzeba czasem zapłacić za talent i wrażliwość.

 

 

 

Reklama
Reklama
Film
„Ołowiane dzieci” i straszna wizyta Breżniewa. Czy Polacy będą tak witać Putina?
Film
Nie żyje Bożena Dykiel. Te role przyniosły jej sławę
Film
Amerykanie o „Ołowianych dzieciach”: niezłomna Kulig od Pawlikowskiego
Film
Cały filmowy świat w Berlinie. Startuje Berlinale
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama