Wytwórnia Roswell przedstawia

Wszyscy kosmici, jakich prezentuje nam współczesna fantastyka filmowa, pochodzą w istocie z jednego miejsca we Wszechświecie – z miasta Roswell w stanie Nowy Meksyk.

Publikacja: 06.07.2023 21:00

Kadr z filmu „Dzień Niepodległości” (1996 r.) w reżyserii Rolanda Emmericha

Kadr z filmu „Dzień Niepodległości” (1996 r.) w reżyserii Rolanda Emmericha

Foto: materiały prasowe

Obcych z kosmosu w ich wersji współczesnej sprowadził na Ziemię Herbert George Wells. Najbardziej chyba znana z jego powieści, wydana w 1898 r. „Wojna światów”, była nie tylko przerażająco realistyczną, ale zarazem pasjonującą wizją inwazji Marsjan. Zrodzona z narastającego w tym czasie kryzysu wiary w moralną ewolucję rodzaju ludzkiego i jego zdolność do właściwego wykorzystania zdobyczy nauki i techniki przynosiła bardzo pesymistyczny i zdumiewający trafnością obraz przyszłości: oto atak przybyszów z Marsa ma charakter wojny totalnej, której celem jest zniszczenie i zniewolenie najechanych, a jej ofiarą pada przede wszystkim ludność cywilna. Walczące o przeżycie jednostki bez wahania odrzucają kształtowane przez pokolenia zasady etyczne, masami uciekinierów kierują tylko instynkty, a Marsjanie, dysponujący miażdżącą przewagą techniczną, są równocześnie całkowicie pozbawieni uczuć, które utracili gdzieś na drodze postępu. Najeźdźcy z Czerwonej Planety nie są przy tym głównymi bohaterami dzieła Wellsa. Autor powierzył im rolę zwierciadła, w którym miała przejrzeć się ludzkość bezgranicznie oddana idei nieskrępowanego rozwoju cywilizacji technicznej i z radosną nonszalancją wkraczająca w nowy wiek. Już kilkanaście lat później miało się okazać, jak profetyczne były literackie intuicje angielskiego pisarza.

Czytaj więcej

Pułkownik Corso i tajemnice Roswell

Przede wszystkim jednak w „Wojnie światów” Wells stworzył fundamenty konwencji dominującej później w głównym nurcie fantastyki koncentrującym się na spotkaniu z obcymi. Zgodnie z nią obcy są tak bardzo obcy, że komunikacja z nimi jest niemal niemożliwa, ich motywy są niezrozumiałe, ich powierzchowność – odrażająca, a ich zamiary – zdecydowanie złe („Inwazja porywaczy ciał” i jej kolejne wersje, „Coś”, bo taki jest oficjalny polski tytuł „The Thing”, „Obcy”, „Dzień Niepodległości”, „Predator”, serial „Stranger Things”). Nawet w wariantach tego schematu, które dopuszczały porozumienie z pozaziemskimi inteligencjami i przypisywały im dobre intencje, ludzkość jawiła się jako niezbyt błyskotliwe dziecko, które nieustannie muszą strofować i pouczać starsi bracia w kosmosie („Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”, „2001: Odyseja kosmiczna”, uniwersum „Star Trek”). Niezależnie od wariantu sens alegorii Wellsa pozostawał niezmienny: ludzkość, postrzegana przez pisarza jako całość, pozostaje nieprzygotowana na globalne wyzwania przyszłości, nie uczy się na własnych błędach, nie walczy ze swymi lękami i słabościami, lecz skrywa je w mirażach nowoczesności.

Historia XX wieku wielokrotnie potwierdzała celność diagnoz i przeczuć angielskiego wizjonera, nazywanego prekursorem bądź wręcz ojcem fantastyki naukowej. Czasami w wymiarze anegdotycznym: w październiku 1938 r. uwspółcześniona adaptacja radiowa „Wojny światów”, brawurowo zrealizowana przez Orsona Wellesa w formule relacji na żywo, wywołała panikę wśród mieszkańców New Jersey. Ale to, co najpierw oburzyło, a potem rozbawiło opinię publiczną pod koniec lat 30., w drugiej połowie stulecia, w cieniu zimnej wojny, stało się trwałym składnikiem rzeczywistości. Nauka dała światu broń masowej zagłady. Podbój kosmosu okazał się jedynie nową areną zaostrzających się konfliktów o globalnym zasięgu. Język i myślenie polityczne wdarły się do wszystkich sfer życia społecznego. Narastało przekonanie, że losy społeczeństw są tylko stawką w grze światowych przywódców. Wellsowski koncept „spotkania z obcymi” jako symbolu zagrożeń cywilizacyjnych, ludzkiej niefrasobliwości i niepewnej przyszłości nie zestarzał się, ale wymagał aktualizacji, aby pomieścić nowe treści. Źródłem tej aktualizacji stało się pozornie błahe wydarzenie, które miało miejsce w okolicach amerykańskiego miasta Roswell w lipcu 1947 r.

Bohaterowie serialu „Star Trek: Stacja kosmiczna” (1993–1999). Uniwersum „Star Trek” to kilka serial

Bohaterowie serialu „Star Trek: Stacja kosmiczna” (1993–1999). Uniwersum „Star Trek” to kilka seriali, kilkanaście filmów oraz dziesiątki książek, komiksów i gier komputerowych

Photo12.com/Collection Cinema/Photo12/AFP

„Nowoczesny mit”

Tzw. incydentowi w Roswell poświęcono już tomy karkołomnych spekulacji i krytycznych analiz, z których część dostępna jest po polsku, nie ma więc potrzeby, aby tutaj zagłębiać się w szczegóły tego wydarzenia ani tym bardziej referować wszystkie odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę spadło z nieba na farmę Williama Brazela. Z perspektywy kina science fiction to zresztą nieistotne. Istotny jest mit, w który przekształcił się incydent i który stał się jedną z najważniejszych inspiracji dla twórców tego gatunku filmowego.

Roswell nie od razu urosło do rangi mitu, ale było to nieuniknione. Można powiedzieć, że do zdarzenia doszło we właściwym czasie i właściwym miejscu. Zaledwie kilkanaście miesięcy wcześniej Winston Churchill w słynnym przemówieniu w Fulton ogłosił: „Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem zapadła żelazna kurtyna”. Koalicja antyhitlerowska stała się wspomnieniem, rozpoczynał się wyścig zbrojeń. Mocarstwa, zwłaszcza Stany Zjednoczone, zatrudniły rzesze naukowców w poszukiwaniu najnowocześniejszych narzędzi prowadzenia wojny, które mogłyby zapewnić im stałą przewagę. Ich prace, eksperymenty, testy prowadzone w odizolowanych bazach wojskowych były rzecz jasna tajne. A ludzie zaczęli widywać dziwne rzeczy na niebie. Pod koniec czerwca 1947 r. amerykańskie media żyły relacją cywilnego pilota Kennetha Arnolda, który twierdził, że podczas rutynowego lotu dostrzegł tajemnicze obiekty latające poruszające się z ogromną prędkością. Nic dziwnego, że William „Mac” Brazel kilkanaście dni później rozpoznał w znalezisku na swojej farmie szczątki latającego spodka.

Czytaj więcej

Sowiecka wojna z UFO

Incydent w Roswell wolno uznać za swoisty katalizator fenomenu UFO. Bliskie spotkania z kosmitami stały się wkrótce masowym doświadczeniem Amerykanów. W 1950 r. na ekrany prowincjonalnych kin weszła niezależna produkcja „The Flying Saucer”. Niskobudżetowego filmu Mikela Conrada polecać nie warto, ale odnotować trzeba, bo był odpowiedzią na ówczesne zainteresowania, wyobrażenia i obawy amerykańskiej widowni. W tym samym roku publicysta i pisarz Frank Scully (nazwisko budzące skojarzenia) opublikował książkę pod tytułem „Behind the Flying Saucers”, w której twierdził, że amerykańskie władze są w posiadaniu wraków statków kosmicznych oraz ciał ich załóg. Tomik ten rozpropagował wizerunek kosmitów – niewysokich, drobnych, humanoidalnych istot o charakterystycznym kolorze skóry. W ciągu następnych kilku lat ukazały się nowe pozycje sygnowane nazwiskiem znanego już wówczas popularyzatora tematyki UFO George’a Adamskiego, chętnie dzielącego się swoimi wrażeniami z podróży latającym spodkiem, w którą zabrali go... przybysze z gwiazd. Choć naukowcy i dziennikarze śledczy szybko demaskowali rewelacje tych autorów, ich publikacje cieszyły się wielką popularnością, ponieważ telewizja, prasa i radio nieustannie dostarczały odbiorcom nowe przykłady kontaktów z istotami pozaziemskimi. Wyobraźnię masowego audytorium rozpalały więc sensacyjne komunikaty dotyczące incydentów we Flatwoods (1952 r.) czy Kecksburgu (1965 r.). Przez wiele miesięcy Amerykanie żyli sprawą Barneya i Betty Hillów – pierwszego tak szeroko omawianego przypadku uprowadzenia przez UFO, do którego miało dojść we wrześniu 1961 r. Obserwacje UFO oraz spotkania z kosmitami uznano za tak istotne zjawisko społeczne, że jego wytłumaczenia podjęły się najwybitniejsze umysły epoki, w tym Carl Gustav Jung, który w artykule „Nowoczesny mit” z 1958 r. zaproponował interpretację psychologiczną i porównał relacje o kosmitach do pierwotnych narracji mitycznych.

Tymczasem historia z Roswell dojrzewała w ukryciu, żeby po trzech dekadach powrócić z siłą eksplozji. Wywiad, którego emerytowany oficer Jesse Marcel (mający w 1947 r. związek ze sprawą) udzielił w 1978 r. badaczowi UFO Stantonowi Friedmanowi, zadziałał jak zapalnik. Wszyscy amatorzy tematu mówili i pisali o Roswell. A filmowa fantastyka naukowa otrzymała właśnie nową, oddającą ducha czasów wersję opowieści Wellsa o spotkaniu z obcymi.

Prawda jest gdzie indziej

Trudno wskazać lepszy przykład filmowej eksploracji mitu Roswell niż serial „Z Archiwum X”. Tytuł obejmował aż 11 sezonów, realizowanych z przerwami od 1993 do 2018 r., oraz dwa filmy pełnometrażowe. Opowieść o perypetiach dwojga agentów specjalnej komórki FBI, Foxa Muldera i Dany Scully, formowała więc wyobraźnię widzów przez ćwierć wieku, a serial do dziś cieszy się opinią „kultowego” reprezentanta gatunku. Czy niezwykła popularność produkcji miała coś wspólnego z incydentem z roku 1947? Zapewne tak, jeśli zauważymy, że właściwie cała fabuła serialu ufundowana jest na motywach zaczerpniętych ze zmitologizowanych opowieści o Roswell.

Jednym z wątków głównych jest więc spotkanie z obcymi, ale na ich przybycie nie trzeba czekać, ponieważ w zaktualizowanej wersji opowieści o kontakcie kosmici są na Ziemi od dawna, a w każdym razie są tu ich technologie. W swej pierwotnej postaci obcy przypominają do złudzenia „małe zielone ludziki”, których ciała miały zostać znalezione w Roswell (pierwszy raz przedstawiciela tej rasy mamy okazję oglądać w odcinku otwierającym drugi sezon serialu, zatytułowanym – nomen omen – „Little Green Men”). Nie zaszkodzi tu dodać, że w jednym z odcinków wizerunkowa sztanca, a przy okazji temat kosmitów funkcjonujący jako komercyjna franczyza, została potraktowana z solidnym przymrużeniem oka (20. odcinek 3. sezonu).

Serial nie przynosił jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy przybysze z kosmosu chcą dokonać kolonizacji naszej planety, czy jedynie współpracują z ludzkimi organizacjami, czy może nawet są do tej współpracy zmuszani w tajnych rządowych ośrodkach. I nie musiał – klucz do zasadniczego przesłania filmowej serii kryje się w słowach „tajny” i „rządowy”. To do nich odnosiło się hasło stanowiące motto całości: „The Truth is out there”. Otóż największym problemem ludzkości nie jest istnienie istot pozaziemskich, ale zupełnie ziemski, monstrualny spisek – zawiązany przez polityków, urzędników wyższego szczebla, wojskowych, agencje rządowe i bliżej nieokreślone, ale nieodmiennie tajne i wpływowe grupy – którego celem jest ukrycie przed społeczeństwami prawdy o rzeczywistości, w jakiej żyjemy.

Twórcy serialu znakomicie odczytali nastroje społeczne, kumulujące się przez powojenne dekady: nieufność wobec instytucji władzy oraz międzynarodowych organizacji i korporacji, przekonanie o czysto propagandowej roli mediów, otwartość na teorie spiskowe jako narracje wiarygodniejsze i bliższe prawdy niż mętne wyjaśnienia decydentów. A przecież o tym samym opowiada nam mit Roswell – cokolwiek się tam zdarzyło, wersja oficjalna, dementująca pierwsze i na bieżąco formułowane doniesienia (a zatem prawdziwe), na pewno jest kłamstwem. Samo wydarzenie w takim właśnie kontekście pojawia się zresztą w serialu – pierwszy odcinek 10. sezonu zaczyna się od dramatycznych scen rozgrywających się... gdzieś w Nowym Meksyku w 1947 r., a podmiotami działającymi nie są tu obce istoty, lecz ponurzy mężczyźni w ciemnych garniturach.

Serial „Roswell, w Nowym Meksyku” powstał na podstawie książek z cyklu „Roswell w kręgu tajemnic” Me

Serial „Roswell, w Nowym Meksyku” powstał na podstawie książek z cyklu „Roswell w kręgu tajemnic” Melindy Metz. Był emitowany od 15 stycznia 2019 r.

materiały prasowe

Fox Mulder i Dana Scully również są „spadkobiercami” Roswell, reprezentują bowiem dwie postawy charakterystyczne dla komentatorów tego incydentu. Jedni, jak Mulder, „chcieli wierzyć”, dlatego z każdej, nawet fałszywej, przesłanki skłonni byli wyprowadzać wnioski o wizycie kosmitów i rządowej konspiracji. Inni, jak Scully, wybierali racjonalny sceptycyzm, bo przyznanie, że w Roswell rozbił się statek kosmiczny oznaczałoby zakwestionowanie całej ludzkiej wiedzy, mającej naukowe podstawy. Oczywiście przywołane tu postawy, dylematy i przekonania nie mają swego początku w zmitologizowanym incydencie sprzed lat. Rzecz w tym, że mit Roswell jest ich kompletną i przystępną kompilacją. A serial wymyślony przez Chrisa Cartera przekazał treść mitu i upowszechnił ją w jeszcze łatwiejszej w odbiorze formie widowiska telewizyjnego. I doczekał się dwóch spin-offów: seriali „Millennium” i „Samotni strzelcy”, skoncentrowanych w większym stopniu na tajnych organizacjach niż na samych gościach z gwiazd. Aż chciałoby się spytać: jaka konspiracja kryje się za powstaniem „Z Archiwum X”?

Wszystkie drogi prowadzą do Roswell

Serial Cartera to tylko przykład, choć najbardziej spektakularny. W filmowej fantastyce powstającej od końca lat 70. XX wieku na ślady Roswell natrafiamy nieustannie (nie licząc „Gwiezdnych wojen”, ale ta opowieść sięgała do innych, znacznie starszych mitów). Czasami są to odwołania bezpośrednie. W serialu „Wybrańcy obcych”, który miał premierę w 2002 r., losy trzech rodzin, ukazane na przestrzeni powojennych dekad, spaja motyw katastrofy w Roswell i potajemnych ingerencji obcych. W „Mrocznym niebie” z lat 90. bohaterowie starają się powstrzymać przejęcie Ziemi przez kosmitów, co nie jest łatwe, bo obecność najeźdźców jest tajemnicą skutecznie strzeżoną przez tajną organizację Majestic 12, której korzenie tkwią głęboko w micie Roswell. Nie zapominajmy też o serialowej adaptacji cyklu melodramatycznych powieści dla młodzieży, znanej w Polsce pod tytułem „Roswell, w Nowym Meksyku”.

Czytaj więcej

Poszukiwacze kosmitów, Czy istnieją pozaziemskie cywilizacje?

Czas jednak przejść do pełnometrażowej klasyki. A zatem kosmiczne szkraby z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” to bez wątpienia kuzyni rozbitków z Roswell. Bohaterowie „Dnia Niepodległości” nie zdołaliby zapewne uratować Ziemi, gdyby nie mieli do dyspozycji pojazdu najeźdźców, przechwyconego w Roswell i przetrzymywanego sekretnie (nie wie o nim nawet prezydent USA) w Strefie 51 – kolejnym odgałęzieniu mitu. Jak dowiedzieliśmy się z najnowszej odsłony przygód doktora Jonesa, tym razem poszukującego kryształowej czaszki o pozaziemskiej proweniencji, nawet najsłynniejszy ekranowy archeolog zamieszany był w aferę Roswell.

Przykłady można mnożyć, ale nie chodzi o wyszukiwanie tropów w poszczególnych produkcjach. Chodzi o nowy rys w ramach całego gatunku. Naprawdę bowiem znaczące jest przesunięcie akcentów w kinie ostatniego półwiecza, a dotyczące sposobu obrazowania kontaktów z obcymi. Kosmici wciąż są zwierciadłem, które ujawnia ludzkie lęki, przywary i powtarzane bez końca błędy, a niekiedy, dla odmiany – ludzkie tęsknoty i marzenia o lepszym świecie. Ale po Roswell ten motyw wzbogacił się o nowe pytanie: kogo mamy bać się bardziej? Wellsowskich agresorów z Marsa czy może tych, którzy teoretycznie powinni nas przed nimi bronić?

„Z Archiwum X”: tytuł obejmował aż 11 sezonów serialu realizowanych z przerwami od 1993 do 2018 r. o

„Z Archiwum X”: tytuł obejmował aż 11 sezonów serialu realizowanych z przerwami od 1993 do 2018 r. oraz dwa filmy pełnometrażowe. Na zdjęciu: Gillian Anderson jako Dana Scully i David Duchovny w roli Foxa Muldera

materiały prasowe

Nawet jednak w tytułach, gdzie Roswell nie jest przywołane wprost, wpływ mitu jest zauważalny. Bo czy protagoniści we wspomnianym serialu „Stranger Things”, prości prowincjusze – a przez to podobni do tzw. zwykłych ludzi związanych z incydentem, uznawanych za najbardziej wiarygodnych, bo niereprezentujących żadnej instytucji świadków – nie muszą mierzyć się z siłami, które sprowadziły do naszego świata swymi lekkomyślnymi eksperymentami rządowe agencje lub wysłannicy obcego mocarstwa? Czy ktokolwiek dowiedziałby się o wizycie przesympatycznego E.T., gdyby ten od razu wpadł w ręce tajnych służb? Czy w ogóle ktoś widział w kinie, aby Ziemię ratowali ministrowie wspierani przez generałów? Kosmici z serialu „Goście” (mam tu na myśli remake z 2009 r.) nie potrzebują nawet rządowego spisku – humanoidalni reptilianie, przekonująco upodobniający się do ludzi za pomocą wyrafinowanych kostiumów, sami są mistrzami politycznej manipulacji.

Obcych z kosmosu w ich wersji współczesnej sprowadził na Ziemię Herbert George Wells. Najbardziej chyba znana z jego powieści, wydana w 1898 r. „Wojna światów”, była nie tylko przerażająco realistyczną, ale zarazem pasjonującą wizją inwazji Marsjan. Zrodzona z narastającego w tym czasie kryzysu wiary w moralną ewolucję rodzaju ludzkiego i jego zdolność do właściwego wykorzystania zdobyczy nauki i techniki przynosiła bardzo pesymistyczny i zdumiewający trafnością obraz przyszłości: oto atak przybyszów z Marsa ma charakter wojny totalnej, której celem jest zniszczenie i zniewolenie najechanych, a jej ofiarą pada przede wszystkim ludność cywilna. Walczące o przeżycie jednostki bez wahania odrzucają kształtowane przez pokolenia zasady etyczne, masami uciekinierów kierują tylko instynkty, a Marsjanie, dysponujący miażdżącą przewagą techniczną, są równocześnie całkowicie pozbawieni uczuć, które utracili gdzieś na drodze postępu. Najeźdźcy z Czerwonej Planety nie są przy tym głównymi bohaterami dzieła Wellsa. Autor powierzył im rolę zwierciadła, w którym miała przejrzeć się ludzkość bezgranicznie oddana idei nieskrępowanego rozwoju cywilizacji technicznej i z radosną nonszalancją wkraczająca w nowy wiek. Już kilkanaście lat później miało się okazać, jak profetyczne były literackie intuicje angielskiego pisarza.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Aktor z "Piratów z Karaibów" zginął w wyniku ataku rekina
Film
Disney i Pixar ratują frekwencję w kinach. "W głowie się nie mieści 2" hitem
Film
Grzegorz Łoszewski nowym prezesem SFP
Film
Zmarł Andrzej Mularczyk, scenarzysta "Samych swoich" i serialu "Dom"
Film
Rekomendacje filmowe: Kino zamiast meczu piłkarskiego?
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży