"Indiana Jones i artefakt przeznaczenia”: Zmierzch Indiany Jonesa

Harrison Ford odebrał w Cannes Złotą Palmę i pożegnał się z bohaterem, którego w ciągu ponad czterdziestu lat zagrał pięciokrotnie

Publikacja: 19.05.2023 13:38

Harrison Ford

Harrison Ford

Foto: AFP

Dla jednych to powrót do wspomnień z dzieciństwa, dla innych - spotkanie z legendarnym kinowym hitem, którego popularność mogła konkurować z seriami o Bondzie, „Top Gun” z Tomem Cruisem czy z hitami z Melem Gibsonem spod znaku „Mad Maxa” czy „Zabójczej broni”. Niestety, obawiam się, że i jedni i drudzy mogą poczuć się rozczarowani.

Przed światową premierą „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia” na Croisette zebrały się nieprzebrane tłumy. Bilety na pokaz zniknęły w pierwszych minutach po uruchomieniu systemu rezerwacji. Fotoreporterzy zajmowali dogodne miejsca od wczesnego popołudnia. Tak to w Cannes bywa. Wszyscy czekają na wyrafinowane dzieła Akiego Kaurismakiego, Nuri Bilge Ceylana czy Marca Bellocchia, ale szaleństwo zaczyna się, gdy swoje blockbustery i największe gwiazdy przywożą Amerykanie. 

Czytaj więcej

76. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes. Ulubiona impreza mistrzów

W piątkowy wieczór do Pałacu festiwalowego wchodzili wśród błysków fleszy reżyser James Mangold, Harrison Ford, Mads Mikkelsen, Phoebe Waller-Bridge i żona Forda – Calista Flockhart. Panowie w smokingach, panie w czarnych sukniach. Zero hollywoodzkiego, Oscarowego przepychu, raczej europejska elegancja. Na szczycie schodów witali ich dyrektorka festiwalu Iris Knobloch i dyrektor artystyczny Thierry Fremaux, którzy chwilę później na scenie Grand Theatre Lumiere wręczali Harrisonowi Fordowi Złotą Palmę za całokształt twórczości. 80-letni aktor trzyma się znakomicie. Jest szczupły, wysportowany. I dowcipny. Przygotowany przez festiwal mix z fragmentami jego ról skomentował: „Mówią, że przed śmiercią człowiek widzi rozmaite momenty swojego życia. No cóż, ja je właśnie zobaczyłem…”. Po krótkich podziękowaniach zaprosił widzów na film.

Indiana Jones towarzyszył mu niemal przez całą zawodową karierę. Młodego Forda wypatrzył George Lucas w latach 70., dał mu rolę w swoich „Gwiezdnych wojnach”, a potem polecił go Spielbergowi, który ekranizował jego scenariusz „Poszukiwacze zaginionej arki”. I tak pierwszy raz Ford wcielił się w archeologa Indianę Jonesa. Jego atrybutami stały się skórzana kurtka, kapelusz, rewolwer. Akcja filmu toczyła się w 1936 roku, a profesor usiłował odnaleźć tytułową arkę, by jej mocy nie wykorzystali naziści. Trzy lata później w „Indianie Jonesie i Świątyni Zagłady” walczył z niebezpieczną sektą Kali, potem w „Indianie Jonesie i ostatniej krucjacie” znów z nazistami próbującymi odszukać kielich, z którego pił wino Chrystus podczas ostatniej wieczerzy. A wreszcie, w nakręconym po 18 latach „Indianie Jonesie i królestwie Kryształowej Czaszki”, którego akcja toczyła się w 1957 roku – z Sowietami.

Teraz w piątej części, osadzonej w 1969 roku, przeciwnikiem Indiany Jonesa znów jest nazista Jurgen Voller. Film otwiera restrospekcja, w której w czasie II wojny światowej „Indy” pierwszy raz staje z nim oko w oko. Obaj walczą o tarczę Archimedesa, która pozwala pokonać barierę czasu. Sekwencja walk w rozpędzonym pociągu i na jego dachu, wygląda jak za „starych czasów”. Oczywiście dzięki technice komputerowej, która pozwoliła Forda odmłodzić o kilkadziesiąt lat. Potem już twórcy niczego nie udają. Harrison Ford jest odchodzącym właśnie na emeryturę profesorem archeologii, na którego wykładach studenci zasypiają z nudów. I nawet gdy zjawia się jego chrześnica i wraca sprawa tarczy Archimedesa, nikt nie udaje, że „Indy” jest w wyśmienitej formie fizycznej. Odwrotnie, stale go coś boli i nie na każdą ekstrawagancję może sobie już pozwolić. Ale musi działać. Stary znajomy, nazista Jurgen Voller pod nowym nazwiskiem dostał się do NASA , do amerykańskiego programu kosmicznego. Chce odszukać dziwne urządzenie Archimedesa i zapanować nad światem. 

Cztery poprzednie części „Indiany Jonesa”, po uwzględnieniu inflacji zarobiły łącznie na całym świecie blisko 3,5 mld dolarów i zdobyły siedem Oscarów.

Film jest znakomicie zrealizowany. Fani serii o Indianie Jonesie znajdą tu wszystko: w zabójczym tempie prowadzone sceny walk na lądzie, morzu i w powietrzu. Ekwilibrystykę na skrzydłach samolotu, wspinaczki, brawurowy pościg po ulicach marokańskiego Tangeru, a przede wszystkim fantastyczną sekwencję ucieczki, gdy Jones na koniu galopuje po nowojorskich ulicach wśród tłumów bawiących się z okazji Dnia Księżyca, a potem wpada do metra uciekając już nie tylko przed prześladowcami, lecz również przed rozpędzonymi pociągami. Mistrzostwo świata!

James Mangold, który zastąpił Spielberga na krześle reżyserskim doskonale wiedział, czego oczekują fani Indiany Jonesa. Podobno po pierwszym pokazie zmontowanego filmu dla szefów wytwórni Disneya, Steven Spielberg pokłonił się Mangoldowi mówiąc: „Cholera! Myślałem, że tylko ja wiem, jak zrobić film o Indianie Jonesie!” Atutem filmu są też: sam Harrison Ford i jego ekranowi partnerzy Mads Mikkelsen, Antonio Banderas czy znana z serialu „Fleabag” Phoebe Waller-Bridge. A wreszcie muzyka Johna Williamsa.

Ale… No właśnie. Blockbustery z Fordem czy Gibsonem czterdzieści lat temu niosły świeżość i budowały finansową potęgę kina. Dzisiaj już widzowie nie dają się nabrać wyłącznie na techniczne tricki i nostalgię. Nawet w Cannes, gdzie na ten film bardzo czekano, publiczność wydawała się dwuipółgodzinnym seansem po prostu znudzona, co wręcz napisali recenzenci „Screen International” i „Variety”. Raz jeszcze okazało się, że techniczna sprawność nie wystarcza. Potrzebny jest dobry scenariusz, ciekawe dialogi, a przede wszystkim próba jakiegokolwiek odniesienia do problemów, którymi żyjemy dzisiaj. 

Harrison Ford powiedział w Cannes, że żegna się na zawsze z Indianą Jonesem. Słusznie. Bo twórcy tej serii nie odrobili lekcji tak, jak zrobili to choćby autorzy Bonda czy „Top Gun”. I  

Kochający przygody archeolog należy już tylko do przeszłości. 

Cztery poprzednie części „Indiany Jonesa”, po uwzględnieniu inflacji zarobiły łącznie na całym świecie blisko 3,5 mld dolarów i zdobyły 7 Oscarów.  Czy „… artefakt przeznaczenia” też rozbije bank? Okaże się wkrótce. Film Mangolda trafi do kin już 30 czerwca. 

Dla jednych to powrót do wspomnień z dzieciństwa, dla innych - spotkanie z legendarnym kinowym hitem, którego popularność mogła konkurować z seriami o Bondzie, „Top Gun” z Tomem Cruisem czy z hitami z Melem Gibsonem spod znaku „Mad Maxa” czy „Zabójczej broni”. Niestety, obawiam się, że i jedni i drudzy mogą poczuć się rozczarowani.

Przed światową premierą „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia” na Croisette zebrały się nieprzebrane tłumy. Bilety na pokaz zniknęły w pierwszych minutach po uruchomieniu systemu rezerwacji. Fotoreporterzy zajmowali dogodne miejsca od wczesnego popołudnia. Tak to w Cannes bywa. Wszyscy czekają na wyrafinowane dzieła Akiego Kaurismakiego, Nuri Bilge Ceylana czy Marca Bellocchia, ale szaleństwo zaczyna się, gdy swoje blockbustery i największe gwiazdy przywożą Amerykanie. 

Pozostało 87% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Grzegorz Łoszewski nowym prezesem SFP
Film
Zmarł Andrzej Mularczyk, scenarzysta "Samych swoich" i serialu "Dom"
Film
Rekomendacje filmowe: Kino zamiast meczu piłkarskiego?
Film
Nie żyje Donald Sutherland. Legendarny aktor miał 88 lat
Akcje Specjalne
Firmy chcą działać w sposób zrównoważony
Film
Robert De Niro w filmie o osobach autystycznych. Każdy twórca ma je w rodzinie
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży