"Na pełny etat"

Reż.: Eric Gravel

Wyk.: Laure Calamy, Anne Suarez, Genevieve Mnich

„Na pełny etat”? Nie, tak naprawdę na dwa etaty. Julie rozeszła się z mężem, sama wychowuje dwoje dzieci. Jest wykształcona, miała przed sobą świetną karierę. Ale wszystko się zawaliło. Więc jest codzienna gonitwa. Dom w podparyskim miasteczku, praca poniżej kwalifikacji w charakterze szefowej pokojówek w stołecznym, pięciogwiazdkowym hotelu, dzieci podrzucane o świcie niani – znajomej emerytce, która ma je zaprowadzić do szkoły, a potem odebrać. Brak alimentów od byłego męża, który nie odbiera telefonów. I jeszcze strajk na kolei, rozruchy na ulicach. Julie jest w nieustannym biegu. Koleżanki współczują, ale nie chcą już brać za nią dyżurów, kierowniczka grozi zwolnieniem z pracy, niania nie daje już rady opiekować się dziećmi do wieczora. Potem utrata posady, pieniędzy coraz mniej. Kamera ledwo nadąża za bohaterką, która jeszcze się stara, bo musi, bo dzieci... Ale jest coraz bliżej załamania. CV wysyłane do różnych miejsc pozostają bez odpowiedzi, wreszcie jest rozmowa kwalifikacyjna. Kamera niemal nie nadąża za Julie, na ekranie odbija się beznadzieja, rozpacz, potworna walka.

„Na pełny etat” to film przeraźliwie prawdziwy. …. portretuje kobietę dzielną i silną, która przecież nie ma już siły stawiać czoła wszystkim przeciwnościom. Walczy o każdy dzień, o normalne życie swoich dzieci. Bardzo to przejmująca historia. Tym bardziej, że podobnych historii jest wkoło wiele. Zwłaszcza w czasach kryzysu, inflacji, nasilających się grupowych zwolnień. Bardzo gorąco ten przejmujący film polecam.

Do ostatniej kości

Reż.: Luca Guadagnino

Wyk.: Timothee Chalamet, Taylor Russel

Luca Guadagnino zaszalał. Po „Tamtych dniach, tamtych nocach” - wspaniałym, pełnym delikatności peanie na cześć inteligentów z lat 70., wyraźnie szuka mocnych wrażeń. Najpierw pokazał „Suspirię” - trawestację obrazu mistrza horroru, Dario Argento, a teraz proponuje film o współczesnych kanibalach. „Do ostatniej kości” to historia dwójki młodych ludzi, którzy szukają swojego miejsca w świecie. No, ale tak: są kanibalami, żywią się ludzkim mięsem.

Guadagnino łączy w „Do ostatniej kości” horror, kino drogi i romans. „Dla mnie to jest love story, opowieść o miłości dwojga ludzi, którzy próbują pokonać samotność. Mam wrażenie, że ta historia jest szczególnie ważna dzisiaj, gdy tylu ludzi wokół czuje rodzaj alienacji” – mówi odtwórca głównej roli Timothee Chalamet. To on – jedna z najgłośniejszych nowych gwiazd kina – jest zresztą głównym magnesem, który ma przyciągnąć młodą publiczność. Dzielnie partneruje mu na ekranie Taylor Russel.

Nowy film Luki Guadagnino wpisuje się w nurt filmów takich jak „Bonnie i Clyde” Arthura Penna czy „Badlands” Terrence’a Malicka. I choć dziełem na ich miarę zdecydowanie nie jest, już teraz krytycy wróżą mu pozycję filmu kultowego. Trochę nie moje kino, ale trudno mi odmówić pewnej finezji.

Jednym głosem

Reż.: Maria Schrader

Wyk.: Carey Mulligan, Zoe Kazan, Patricia Clarkson

5 października 2017 roku w dzienniku „New York Times” ukazał się artykuł Megan Twohey i Jodie Kantor o Harveyu Weinsteinie. Dziennikarki zebrały wyznania kobiet, które były molestowane seksualnie przez wielkiego producenta trzęsącego przemysłem filmowym. Ich tekst wywołał burzę. Po nim powstał ruch #metoo, który zmienił Hollywood. I nie tylko Hollywood. Stał się bronią przeciwko wykorzystywaniu i upokarzaniu kobiet, ale też przeciwko każdej dyskryminacji, m.in. rasowej.

Maria Schrader pokazała niełatwy proces przełamywania milczenia i pokonywania wstydu przez ofiary Weinsteina. Ich próby uporania się z bólem, który wraca nawet po latach. I pracę reporterek, które chciały je otworzyć przekonując: „Nie zmienisz tego, co cię spotkało, ale razem możemy ochronić następne ofiary”.

Schrader odtworzy też system, który pozwolił Weinsteinowi i jemu podobnym przez lata tworzyć imperia oparte na przemocy i upokarzaniu kobiet. Jej film jest opowieścią o budzeniu się ofiar. O wykrzyczanym przez nich „Nie!”.

Jednocześnie „Jednym głosem” mówi o sile prawdziwego dziennikarstwa. Wpisuje się w nurt stworzony przez Alana Pakulę we „Wszystkich ludziach prezydenta” - historii Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, dwóch dziennikarzy „Washington Post”, którzy zmienili bieg historii ujawniając aferę Watergate. Kilka lat wielkie dziennikarstwo pokazywał Tom McCarthy w „Spotlight”, gdzie grupa reporterów z „Boston Globe” badała sprawę księdza oskarżonego o molestowanie parafian przez trzy dekady . Po ich artykule zaczęto głośno mówić o molestowaniu w kościele.

Twohey i Kantor (zagrane przez Carey Mulligan i Zoe Kazan) miały szczęście, bo szefowie „The New York Times” dali im czas i pełne wsparcie. Zachęcali je do drążenia tematu, nie dając się zastraszyć prawnikom Weinsteina.

Jednocześnie Schrader nie zapomina, że jej główne bohaterki są kobietami. Za rzetelne wykonywanie zawodu płacą wysoką cenę. Z dziećmi rozmawiają na Skype’ie, same wpadają w depresję. Ale przecież zrobiły coś ważnego. Po publikacji ich artykułu, o molestowanie oskarżyło Weinsteina blisko sto kobiet. Producent został kazany na 23 lata więzienia, właśnie toczy się jego kolejny proces. I tak jak Woodward i Bernstein wpłynęli na bieg amerykańskiej polityki, tak Megan Twohey i Jodie Kantor zaczęły proces zmian mentalności dzisiejszego zachodniego świata.