Zagrał pan policjanta, fajnego faceta, szykującego się właśnie do ślubu z kobietą, z którą jest od dawna i ma małą córkę. Ale życie pana bohatera zmienia się w jednej chwili, gdy Laurent, chcąc ratować przyjaciela, przez tragiczny przypadek go zabija. Nie daje sobie rady ze sobą, wpada w depresję, nie umie dalej żyć. A wszystko zanurzone jest w klimacie francuskiej prowincji.

To opowieść o strasznym dramacie, który dotyka prawego człowieka. Bardzo mi zależało, by naszkicować jego prawdziwy obraz. Przygotowując się do roli, spędziłem miesiąc na komisariacie żandarmerii – dokładnie tam, gdzie potem kręciliśmy, w małym, nadmorskim miasteczku w Normandii. Zaprzyjaźniłem się z policjantami, którzy zresztą wystąpili w filmie. Mogłem przyjrzeć się ich zwyczajom. Poznać ich codzienność, podpatrzeć, jak i o czym rozmawiają, jak zachowują się w różnych sytuacjach.

Z powodu hipotermii zemdlałem, musieliśmy na dzień przerwać zdjęcia

Jérémie Renier

Cichym bohaterem filmu jest też to małe, normandzkie miasteczko.

Laurent zachowuje bliskie kontakty z mieszkańcami całej okolicy. Xavierowi zależało, by w tle dramatu głównego bohatera opowiedzieć o problemach farmerów, także o przemocy domowej, której nie wolno przemilczać. Xavier chciał, żeby „Albatros" był mocno osadzony w rzeczywistości i wszyscy staraliśmy się jak najbardziej zbliżyć do prawdy. A bardzo nam w tym pomogło, że kręciliśmy nasz film chronologicznie.

W scenach pana ucieczki od świata i samotnego żeglowania nie miał pan dublera? Nawet w czasie sztormu?

Przyjmując rolę Laurenta nie miałem bladego pojęcia o żeglowaniu. Ale zacząłem pracować z trenerem żeglarstwa i w filmie sam walczyłem z Morzem Północnym i Atlantykiem. Choć przyznaję, że w czasie sztormu nie wytrzymałem wysiłku i zimna. Z powodu hipotermii zemdlałem, musieliśmy na dzień przerwać zdjęcia. Ale doszedłem do siebie i kręciliśmy dalej. Zakochałem się w żeglowaniu.

W „Albatrosie" sporo się dzieje, ale chyba najbardziej przejmujące są w tym filmie chwile ciszy. Potwornego cierpienia Laurenta.

Jak może zareagować ktoś, kto ma chronić ludzkie życie, a nagle, w ułamku sekundy, przyczynia się do śmierci człowieka? To potworna trauma, którą trzeba przetrawić w sobie, a która i tak zostanie na zawsze. Być może właśnie w tych momentach ciszy włożyłem w Laurenta najwięcej siebie, swojej własnej wrażliwości.

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

To prawda, że propozycję zagrania w „Albatrosie" przyjął pan bez chwili wahania?

Tak. Natychmiast zrozumiałem, jak wspaniałym wyzwaniem jest dla aktora ten film. Ekscytujące było również to, że za kamerą miał stanąć Xavier Beauvois. Jego filmy, choćby „Pamiętaj, że umrzesz" czy „Ludzie Boga", są znakomite, niejednoznaczne, pełne emocji, a jednocześnie zmuszające do refleksji. Zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Jaka układała się współpraca z Beauvois?

Nasze profesjonalne spotkanie zamieniło się w przyjaźń. Xavier sam jest aktorem, wie, ile kosztuje wcielenie się w inną osobę. Jest na planie pomocny, szanuje i lubi aktorów. Poza tym nie trzyma się wiernie scenariusza. Kocha wolność, improwizację. Nie robi prób, bo woli postawić na świeżość. Chce, by wszystko w filmie wyglądało naturalnie, bardzo realistycznie. Przy „Albatrosie" było to szczególnie ważne, bo współpracowaliśmy z niezawodowymi aktorami.

Mówi pan o szacunku dla Beauvois, ale przecież jest pan również aktorem François Ozona i – przede wszystkim – braci Dardenne. Ozon to wysublimowany artysta szukający często oryginalnego filmowego języka, Dardenne'owie – czysty realizm. Który z tych stylów bardziej panu odpowiada?

Jeana-Pierre'a i Luca Dardenne'ów uwielbiam, miałem 15 lat, gdy po raz pierwszy pojawiłem się na ekranie w ich „Obietnicy", dorastałem u nich – jako 24-latek grałem już nieodpowiedzialnego ojca w „Dziecku". Ale zanudziłbym się, gdybym miał występować tylko u nich. To samo dotyczy innych reżyserów. Nie chcę wciąż tak samo patrzeć na świat. Kocham różnorodność, którą oferuje mój zawód. Także na tym polega magia kina i magia aktorstwa.

Jak na pana pracę wpłynęła pandemia?

Nie miałem poważnych przestojów. We Francji można było pracować na planie, więc zdjęcia, w pełnych obostrzeniach, się odbywały. Problem w tym, że długo były zamknięte kina, a nawet gdy się one otworzyły, producenci bali się pandemii i odwoływali premiery. W efekcie nagromadziło się bardzo dużo tytułów czekających na wejście na ekrany. Ja sam mam pięć takich filmów. Ale jednocześnie pracuję nad scenariuszem, który chcę wyreżyserować. To mi daje sporo satysfakcji.

Myśli pan, że wyjdziemy z pandemii odmienieni?

Musieliśmy wiele zmienić w naszym życiu i podejściu do świata, nauczyliśmy się, że nic nie jest pewne, że trudno cokolwiek planować i nie da się przewidzieć przyszłości. Trzeba żyć i cieszyć się dzisiejszym dniem.

Jérémie Renier (ur. 6 stycznia 1981 r. w Brukseli) – ulubiony aktor braci Dardenne („Obietnica", „Dziecko", „Milczenie Lorny", „Chłopiec na rowerze", „Nieznajoma dziewczyna"). Grał też m.in. w filmach François Ozona („Żona doskonała", „Podwójny kochanek"), Bertranda Bonella („Pornograf", „Saint Lorent"), Olivera Assayasa („Pewnego lata"), Joego Wrighta („Pokuta"). Nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej, trzykrotnie do francuskiego Cezara