Grzegorz Brzozowski: Jaki impuls zadecydował o tym, że zostałeś dokumentalistą?
Michael Glawogger:
Nie myślę o sobie jako o dokumentaliście. Jestem filmowcem, artystą – i nie należy tego mylić z aktywistą albo osobą, która walczy o jakąś sprawę. Walczę o obraz świata. Nie obchodzi mnie nawet, czy to, co robię, nazywa się dokumentem.
Wygląda jednak na to, że najczęściej zajmujesz się właśnie dokumentem.
Tu chodzi głównie o wolność pracy. Fabuły przypominają bardziej łamigłówkę – tworząc filmową przestrzeń, pracuje nad nimi więcej ludzi. W filmach dokumentalnych można radzić sobie z niewielką ekipą, odkrywać pewne sprawy, świat... Po prostu wyruszyć i coś sfilmować. To wolność, którą lubię.
Czy pamiętasz pierwszy moment, kiedy pomyślałeś, żeby wybrać zawód filmowca?
Właściwie w moim mieście nie pokazywano dobrych filmów, więc założyliśmy tam klub filmowy. W latach 70. i 80. pokazywaliśmy filmy na uniwersytetach lub w kinach po ostatnich seansach. Samo pokazywanie filmów stało się dla mnie tak ważne, iż pomyślałem, że chcę je robić.
Co było najważniejsze, jeśli chodzi o rozwój twojej filmowej intuicji?
Myślę, że moim rozrusznikiem były wczesne filmy Wernera Herzoga. Potem – może podróże... To ma wiele wspólnego z nudą i jej pokonywaniem – nie wiesz, dokąd zmierzasz i dlaczego tam się właśnie znalazłeś; kim jesteś w chwili, gdy widzisz nowe miejsca. Ruszasz i widzisz lokację, staje się dla ciebie ważna, bo możesz w niej opowiedzieć historię. Filmowanie bierze się właśnie z tego optymizmu, który każdego dnia wypycha cię, by tam iść i doświadczyć czegoś nowego. Słyszałem, że Steven Soderbergh mówi, że nie chce robić więcej filmów, bo nie jest już w stanie wsiąść do autobusu, by zobaczyć nowe miejsca; boli go głowa i woli zostać w domu. Rozumiem, że jeśli dojdziesz do tego punktu, robi się trudno. Czyli inspiracja to: podróże i nuda [śmiech].