Tekst z tygodnika "Uważam Rze"
Po śmierci mitu, dewaluacji eposu i marginalizacji baśni literatura fantasy w XX w. zyskała zdumiewającą popularność wśród spragnionych klasycznych opowieści czytelników. Fantasy jednak to przede wszystkim domena zwizualizowanej wyobraźni. Dlatego powieści i opowiadania pozostały azylem dla pięknoduchych wyznawców, zbiorowość entuzjastów zaś uległa fascynacji filmem spod znaku magii i miecza, najczęściej inspirowanym pierwowzorem literackim. Zmysłami zawładnęły ekranizacje fantasy.
Jako że granice gatunku wyznacza raczej konfiguracja charakterystycznych elementów niż precyzyjna i ujednoznaczniająca definicja, do filmów fantasy krytycy i historycy kina gotowi byli zaliczać niemal każdy obraz, który przedstawiał świat fantastyczny (lub zawierający w sobie aspekty nadprzyrodzone), a przy tym niezdominowany przez imaginacje technologiczne – bo to już uniwersum science fiction, i niezdeterminowany przez poczucie grozy, w tym przypadku bowiem wkraczamy już na włości horroru.
Najlepiej realizowały ten wzorzec dzieła filmowe usytuowane w rzeczywistości imitującej czasy archaiczne lub średniowiecze, a niekiedy wprost odwołujące się do wybranych tradycji mitologicznych, nic więc dziwnego, że doszukiwano się początków nurtu jeszcze w kinematografii lat 20. i 30., a zatem na przykład w „Nibelungach" Fritza Langa, „Złodzieju z Bagdadu" Douglasa Fairbanksa czy widowiskach z kręgu „Zaginionego świata". A później gatunek rozwidlał się na podobieństwo prastarego drzewa.