Reklama
Rozwiń
Reklama

Na horyzoncie widać schody

W 2009 roku nie da się już sfastrygować budżetu bez poważnej reformy finansowania ubezpieczeń społecznych, służby zdrowia, szkolnictwa i paru innych dziedzin życia

Publikacja: 28.11.2007 00:12

Zaczęła się debata budżetowa i modne stało się powiedzonko Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego: Panowie, skończyły się żarty, a zaczęły schody. Nie jest to jednak metafora w pełni trafna. Problemy dzisiejsze to najwyżej kilka stopni prowadzących na niewysoki podest. Do prawdziwych schodów jeszcze daleko i rządząca koalicja PO i PSL dojdzie do nich (nie wiadomo czy razem) za rok.

Często zapominamy, że budżet to bardzo ekstrawaganckie zwierzę. To hybryda przypominająca skrzyżowanie niedźwiedzia ze słowikiem, którego dziadkiem był aligator rzeczny. Po stronie dochodowej budżet jest niepoprawnie skonstruowaną prognozą. Po stronie wydatków jest natomiast nakazową normą prawną i to bardzo dziwną. Nie dość, że to, co jest zapisane, często jest niewykonalne, to jeszcze większość postanowień wynika z wcześniej uchwalonych ustaw.

Dlaczego twierdzę, że dochodowa strona budżetu jest prognozą niepoprawną? Ano dlatego, że nikt poważny nigdy nie wykonał predykcji, której wynik ośmielił się podać w postaci jednej liczby. Prognoza ma zawsze charakter zdania warunkowego z dodatkowym zastrzeżeniem dotyczącym kształtowania się przewidywanej wielkości. Brzmi zatem: po spełnieniu takich to a takich warunków prawdopodobnie zmienna kształtować się będzie na poziomie od… do.

Jak łatwo zauważyć, jest to dość krucha podstawa do tworzenia norm nakazowych. To, że uchwalane budżety są na ogół z grubsza wykonywane, wynika z roztropności wykazanej przy konstruowaniu owej prognozy oraz z pewnych trików stosowanych zarówno w czasie przygotowywania projektu, jak i jego realizacji. Roztropność wymaga, żeby stronę dochodową prognozować dość ostrożnie. A owe triki sprowadzają się do zapisania w budżecie tzw. zakładek, czyli wydatków, z których cichaczem i bez większych protestów można zrezygnować. Zakładki te (podobnie jak rezerwa budżetowa, czyli kwoty nierozdysponowane, które, bagatela, stanowią na ogół kilkanaście procent budżetu) są jednak tym mniejsze, im większa jest w budżecie suma wydatków sztywnych.

I tu docieramy do problemów, które z budżetem na rok 2008 mieć będzie minister Jacek Rostowski. Wszystko bowiem wskazuje, że prognoza dochodowa jest bardzo optymistyczna, zakładki budżetowe dawno już zostały wydane, a wskaźnik wydatków sztywnych osiągnął rekordowy poziom. Jak sobie z tym poradzi minister, nie wiem, ale po to płacę mu sowicie jako przeciętny obywatel, aby on to wiedział.

Reklama
Reklama

Bardziej ciekawi mnie to, jak minister poradzi sobie z budżetem na rok 2009, bo to będą owe widoczne na horyzoncie schody. W 2009 roku nie da się już sfastrygować budżetu bez poważnej reformy finansowania ubezpieczeń społecznych, służby zdrowia, szkolnictwa i jeszcze paru innych dziedzin życia. A tu nie będzie łatwo o zgodę koalicjantów oraz stworzenie projektów, które uzyskają społeczną akceptację i nie przyczynią się do utraty politycznej popularności. Na razie w tej materii mamy jedynie biegunkę pomysłów (wprowadzamy podatek liniowy – nie wprowadzamy podatku liniowego, likwidujemy podatek Belki – nie likwidujemy, wprowadzamy bon oświatowy – nie wprowadzamy go…).Na biegunkę najlepszy jest węgiel. Ale z węglem też kłopot, bo górnicy domagają się miliardowych dotacji z budżetu.

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama