Wraz z początkiem lutego wygasa porozumienie zawarte cztery lata temu ze związkami Poczty Polskiej. Władze przedsiębiorstwa mogą zacząć zwalniać ludzi. I niewątpliwie to nastąpi. W pierwszej kolejności posady może stracić ponad 1,5 tys. pracowników administracji (nieco ponad 1 proc. zatrudnionych ogółem). Niewykluczone, że zwolnienia w ciągu najbliższych 11 miesięcy wyniosą 10 proc. załogi, czyli ok. 10 tys. osób.

Przez ostatnie cztery lata od 12 stycznia 2005 roku na podstawie porozumienia zawartego przez władze Poczty ze związkami zawodowymi pracownicy tego przedsiębiorstwa mieli gwarancje zatrudnienia. Nie można też było zmieniać zakresu ich obowiązków, np. przenosząc do placówek w innych miastach. We wtorek ma się odbyć spotkanie przedstawicieli związków zawodowych z władzami firmy, na którym ma zostać przedstawiony plan optymalizacji zatrudnienia. – Sporo osób idzie na emerytury, zwolnienia nie są jedynym wyjściem – powiedział „Rz” Sławomir Redmer z OPZZ w Poczcie Polskiej.

Spółkę czeka spóźniona restrukturyzacja. Przedsiębiorstwo zatrudnia ok. 100 tys. osób w całym kraju. Zeszły rok, po raz pierwszy od dziesięciu lat, zakończył się stratą. Jeszcze niedawno była ona szacowana na 300 mln zł. – Będzie znacznie mniejsza – powiedział „Rz” Zbigniew Baranowski, rzecznik Poczty Polskiej.

Redukcja zatrudnienia jest nieunikniona, zwłaszcza w kontekście zbliżającej się liberalizacji rynku usług pocztowych. Związkowcy zapowiadają, że strajków w obronie zwalnianych nie będzie. – Kolejne protesty dobiłyby firmę, ostatnio udało nam się odzyskać zaufanie klientów – mówi Sławomir Redmer.

Liberalizacja rynku usług pocztowych na terenie Unii Europejskiej pierwotnie zapowiadana na początek 2009 roku została przesunięta o dwa lata. Polska jako jeden z nielicznych krajów może się wstrzymać z otwarciem rynku, czyli zniesieniem monopolu na dostarczanie przesyłek o wadze poniżej 50 g (listy zwykle) o kolejne dwa lata. Wówczas będzie musiała zmierzyć się z prywatną konkurencją, m.in. z firmami PAF Operator Pocztowy i InPost, która już jest obecna na rynku. Przesunięcie terminu otwarcia rynku ma Poczcie Polskiej pozwolić m.in. uporać się z problemem tzw. usług powszechnych, czyli obowiązkiem dostarczania przesyłek pocztowych na terenie całego kraju, również tam, gdzie jest to z biznesowego punktu widzenia nieopłacalne.

Około tysiąca z ponad 8,4 tysiąca placówek Poczty Polskiej przynosi straty. Znajdują się one w małych miejscowościach. Około 80 proc. zysku wypracowują placówki w 15 największych miastach. W tych samych, w których działalność rozwijają prywatni konkurenci. – Same cięcia kosztów na poczcie nie wystarczą – mówi Adrian Furgalski, dyrektor Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Trzeba popatrzeć na to, jak inne kraje unijne przygotowują się do otwarcia rynku. Poczta austriacka zwolniła dwie trzecie swojej załogi, a w małych miastach i na wsiach montuje automaty pocztowe. Na to trzeba jednak skądś wziąć pieniądze – dodaje Furgalski.