W opublikowanym w środę raporcie Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wyliczyła koszty wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej i nazwała je trwałym „podatkiem za Brexit".
– Opuszczenie Europy skutkowałoby nałożeniem podatków na kolejne pokolenia Brytyjczyków. Byłby to wyłącznie balast, bez żadnych korzyści gospodarczych, bez możliwości sfinansowania z tych pieniędzy usług publicznych – mówił Angel Gurria, sekretarz generalny OECD, w czasie prezentacji raportu w London School of Economics.
Mniejszy PKB, większy deficyt budżetowy
Ubytek produktu krajowego brutto oceniany jest przez tę organizację na 3 proc. już do 2020 roku. W średnim terminie, do 2030 roku, wyniósłby 5,14 proc. w scenariuszu podstawowym, co oznaczałoby 3,2 tys. funtów na gospodarstwo domowe.
OECD ma także scenariusze optymistyczny i pesymistyczny. W tym pierwszym ubytek PKB wyniósłby 2,72 proc., czyli 1,5 tys. funtów na gospodarstwo domowe, w tym drugim – 7,7 proc., czyli 5 tys. funtów rocznie na gospodarstwo domowe.
Te koszty są przede wszystkim efektem spodziewanej utraty nieograniczonego dostępu Wielkiej Brytanii do rynku wewnętrznego Unii, a także utraty preferencji handlowych z krajami trzecimi, które wynikają z układów zawartych na poziomie UE.
Na wyjściu kraju z Unii Europejskiej straci także brytyjski budżet. Co prawda zyska on składkę do wspólnego budżetu, wynoszącą rocznie 0,3–0,4 proc. PKB, ale straci na spowolnieniu wzrostu PKB. W rezultacie już do 2019 roku deficyt będzie – przez Brexit – wyższy o 0,9 pkt proc. PKB.
Jeśli w referendum 23 czerwca Brytyjczycy powiedzą „nie" członkostwu w Unii Europejskiej, rozpoczną się negocjacje dotyczące procedury wyjścia. Nic takiego nie miało miejsca w historii, nie wiadomo więc, jak długo będą trwały i jaki model relacji UE–Wielka Brytania zostanie osiągnięty.
Ale celem zwolenników „nie" jest odzyskanie suwerenności, czyli nieograniczone prawo Londynu do tworzenia własnych regulacji we wszystkich dziedzinach życia gospodarczego i społecznego.
Model norweski nierealny
– Jeśli tak, to automatycznie odpada najbliższy członkostwu model norweski – mówią w nieoficjalnych rozmowach dyplomaci w Brukseli.
Norwegia jest członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego, który poza nią tworzą państwa UE oraz Islandia i Liechtenstein.
Kraje te należą w praktyce do rynku wewnętrznego Unii, ale mają też obowiązek płacenia na różne programy unijne. Przyjmują więc unijne normy, nie mają jednak żadnego wpływu na ich kształtowanie.
Trochę mniej związana z Unią jest Szwajcaria, ale ona też – w ramach swojej umowy – ma obowiązek zagwarantować obywatelom UE taką samą swobodę przemieszczania się, jaka obowiązuje we Wspólnocie. A więc ten model jest również nieatrakcyjny z punktu widzenia zwolenników brytyjskiego „nie" – bo jednym z głównych powodów wyjścia z Unii miałoby być powstrzymanie imigracji zarobkowej głownie z Europy Środkowej i Wschodniej.
I wreszcie trzecia możliwość to brak jakiejkolwiek specjalnej umowy. Wtedy relacje UE z Wielką Brytanią opierałyby się wyłącznie na zobowiązaniach wynikających z członkostwa obu obszarów w Światowej Organizacji Handlu.
Takie trzy oczywiste modele opisał w swoim raporcie Bank Anglii.
Jest też oczywiście czwarta możliwość, czyli wynegocjowanie specjalnego statusu Wielkiej Brytanii w relacjach z UE.
– Przeciwnicy członkostwa w Unii wyobrażają sobie, że można wszystko regulować po swojemu, ale zachować przy tym dostęp do wielkiego unijnego rynku dóbr i usług – mówi wysoki rangą brytyjski dyplomata.
– Zatem regulujemy i tworzymy nasze własne, inne od unijnych, prawa w dziedzinie na przykład fitosanitarnej. A inne kraje oczywiście powiedzą wtedy, że nie możemy mieć dostępu do rynku na dotychczasowych zasadach – dodaje.