Adam Glapiński niemal na pewno zostanie nowym prezesem Narodowego Banku Polskiego. Jaki będzie nowy prezes?
Przedstawienie kandydatury Adama Glapińskiego nie wywołało zaskoczenia. Jak rynki odebrały tę nominację.
- Decyzja nie była zaskakująca i można powiedzieć, że wszyscy jej oczekiwali. Adam Glapiński uchodzi za kandydata jeśli nie najlepszego w ogóle, to przynajmniej najlepszego z tzw. ludzi dobrej zmiany. Z zestawu kandydatów, jaki obóz PiS mógł wybrać, to Adam Glapiński jest osobą która cieszy się największym szacunkiem i poważaniem - mówił Grzegorz Siemionczyk, dziennikarz "Rzeczpospolitej".
Jaki jest Adam Glapiński? Czego możemy się spodziewać po NBP pod jego zarządem.
- To konserwatysta. W swoich ostatnich wypowiedziach wielokrotnie podkreślał, że cieszy się że NBP nie musiał sięgać po niestandardowe narzędzia polityki pieniężnej, jakie obecnie stały się powszechne tak w Europie jak i wielu innych krajach na świecie. Możemy przypuszczać, że kadencja Glapińskiego będzie swoistą kontynuacją polityki prowadzonej przez Marka Belkę, który również nie był zwolennikiem innowacji - wyjaśniał.
Jakie wyzwania stoją przed nowym prezesem?
- Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że najważniejszym problemem jest utrzymujące się już od niemal dwóch lat zjawisko deflacji – wyjaśniał podkreślając, że szkodliwości tego zjawiska dla Polski toczy się obecnie wiele dyskusji. Temat ma jednak także dodatkowe dno.
- Na styku walki z deflacją pojawia się inny problem – niezależności NBP. Politycy PiS wielokrotnie deklarowali, że chcieliby by Bank Centralny bardziej aktywnie wpływał na gospodarkę – mówił.
- NBP ma całkiem sporo możliwości, których obecnie nie stosuje. Większość z nich jest zgodna z mandatem. Nawet w ustawie o NBP jest zapisane, że instytucja może wspierać politykę gospodarczą rządu, o ile nie koliduje to z jego podstawowym celem, czyli dbaniem o stabilność cen. Obecnie nie koliduje, bo mamy deflację – wyjaśniał.
Co może, a czego nie może zrobić NBP? Jakich nowych działań możemy się spodziewać po Banku Centralnym i jakie będą ich skutki? Opcji jest wiele. Od bardzo łagodnych, czyli zmniejszenie skali ściągania nadpłynności z rynku międzybankowego. Do bardziej zdecydowanych i drastycznych, takich jak np. wariant węgierski.
- Zmniejszenie płynności polega na tym, że NBP może np. emitować mniej bonów. W efekcie banki, które nie będą w stanie przeznaczyć gotówki na ten typ inwestycji, będą zmuszone zrobić z nią coś innego – wyjaśniał.
- Opcja węgierska polega na pożyczaniu pieniędzy bankom komercyjnym po to, by te dalej pożyczały je firmom. Jest to swoiste pośrednie zaangażowanie Banku Centralnego na rynku kredytowym. I to też wydaje się nie być niezgodne z mandatem NPB – mówił.
Czy przedstawione rozwiązania wejdą w życie?
- Problem w tym, że takie rozwiązania w Polsce są zupełnie niepotrzebne. Krajowe firmy nie mają problemu z pozyskaniem finansowania, a raczej nie chcą ich zaciągać. Obecnie jest tak, że firmy mają raczej oszczędności i ich nie wykorzystują. W takiej sytuacji wspieranie na siłę gospodarki, w momencie kiedy ona i tak się rozwija w tempie bliskim potencjału, może być szkodliwe – wyjaśniał.
- Nie ma sensu sięgać po niekonwencjonalne narzędzia w sytuacji, kiedy konwencjonalne nie zostały w 100 proc. wykorzystane. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy gospodarka radzi sobie bardzo dobrze bez nich – wyjaśniał Siemionczyk.