– Postanowiliśmy nie latać innymi samolotami do czasu, gdy będziemy więcej wiedzieć, co się stało — stwierdziła rzeczniczka koncernu Loretta Gunter. — Czy to potrwa cały dzień, czy krócej, czy dłużej, to się dopiero okaże. Tymczasem ekipy zajmą się testami naziemnymi.
Do incydentu doszło we wtorek podczas zbliżania się do lądowania na lotnisku w Laredo (Teksas) po rutynowym testowym locie z Yumy w Arizonie. Był to pierwszy taki test dla tego samolotu. Wszystkie 42 osoby znajdujące się na pokładzie opuściły bezpiecznie samolot trapami.
Boeing stwierdził, że w czasie podchodzenia do lądowania samolot stracił główne źródło zasilania na skutek pożaru instalacji elektrycznej. Systemy wsparcia, w tym turbina wiatrowa RAT działały zgodnie z oczekiwaniem, pozwalając załodze na bezpieczne lądowanie. Wstępna inspekcja wydaje się wskazywać, że trzeba będzie wymienić panel kontroli zasilania w tylnym przedziale wyposażenia elektronicznego. Trwa sprawdzanie panelu i jego okolic dla sutalenia, czy będzie wymagana inna naprawa. Dane z tego lotu trafiły do Seattle do przeanalizowania. Potrzebny będzie czas na ustalenie przyczyn pojawienia się dymu - wyjaśnia Boeing. Dym może pojawić się z różnych powodów, z okablowania, oświetlenia, z różnych systemów elektronicznych - powiedziała wcześniej rzeczniczka koncernu.
Producent nie jest w stanie stwierdzić do czasu zapoznania się z danymi lotu, czy ten incydent wpłynie na realizację programu. Pierwszą maszynę ma dostać japońska ANA w I kwartale 2011 r. Testowany samolot ZA002, jeden z sześciu, był pomalowany w jej barwach.
Szef EarlyBird Capital, Alex Hamilton uważa, że to ostatnie wydarzenie może wymusić kolejną zwłokę. Producent musi wszystko sprawdzić, wyodrębnić problem i spróbować ustalić przyczynę. Zdaniem Hamiltona, kolejne opóźnienie nie będzie szokiem dla rynku. Inwestorzy byli innego zdania; akcje Boeinga straciły na początku sesji 3,4 proc.