Niedawna nagła zmiana prezesa PKO BP wskazuje, że zaczyna już ruszać przedwyborcza karuzela kadr w spółkach pod kontrolą Skarbu Państwa. Jakie to może przynieść skutki i zagrożenia w czasach coraz wyraźniejszego hamowania gospodarki?

Wiemy dokładnie, jak funkcjonuje obsadzanie stanowisk w spółkach w systemie etatystycznym, który de facto jest systemem klienckim. Do władz powołuje się zwolenników konkretnej partii albo przynajmniej ludzi wobec niej neutralnych, bo w tych spółkach jest też kilku autentycznych fachowców. Są to osoby, które mają niepodważalne kwalifikacje i wieloletnie doświadczenie w swojej branży.

A pozostali?

Co do pozostałych spółek, to muszę powiedzieć uczciwie, że tak jak zawsze podziwiałem „odwagę” mało kompetentnych ludzi do zajmowania bardzo wysokich stanowisk, tak w tej chwili zmieniły się dwie rzeczy. Po pierwsze, menedżerowie z politycznego nadania przez te siedem lat rządów nabrali różnego rodzaju kompetencji, więc na niektórych stanowiskach w tych dużych spółkach są ludzie, którzy – przynajmniej na papierze – mają całkiem przyzwoite kwalifikacje. Po drugie, szykuje się może nie katastrofa gospodarcza, ale recesja lub głęboka stagnacja. Z tego punktu widzenia, jest to bardzo bezpieczny czas dla państwowych menedżerów. Jeśli spółki osiągną jakiekolwiek dobre rezultaty, to ich szefowie będą wystawiać pierś do orderów, mówiąc, że są czarodziejami zarządzania. Jeśli natomiast wyniki będą bardzo złe, to w czasie kryzysu wszyscy będą mieli bardzo dobre wytłumaczenie. Z przykrością muszę stwierdzić, że menedżerom w państwowych spółkach ten nadchodzący kryzys zapewnia komfort niekompetencji.

Czytaj więcej

Nadchodzi kilka ciężkich lat. Czy to będzie armagedon?

Jednak oni także są wymieniani – często nagle i niekoniecznie wtedy, gdy wykażą się brakiem kompetencji. Czy jeśli w obecnych warunkach zmieniamy szefa, który właśnie zdążył lepiej poznać spółkę, będzie to dodatkowym czynnikiem ryzyka dla jej rozwoju?

Może nim być, choć niesłychanie trudno jest oszacować, jaki jest wpływ tego ryzyka, a jaki recesji. W dobrych czasach dużo łatwiej jest to ocenić, bo jeśli wtedy firma źle działa, zawsze jest to wina menedżera. Z kolei jeśli spółka źle działa w trudnych czasach, to menedżer zawsze się obroni. Rozumując racjonalnie, a rządząca partia jakąś racjonalność ma, można teraz bez problemu wymieniać menedżerów na nowych, by zapewnić apanaże innej grupie sojuszników lub współpracowników. Jest też mało prawdopodobne, by spółki miały w tej trudnej sytuacji nadzwyczajne wyniki, może z wyjątkiem tych, dla których obecna sytuacja to eldorado. Proszę zwrócić uwagę, że ten kryzys, tak jak każdy, nie dotyka wszystkich: na przykład dla spółek energetycznych, paliwowych, przesyłowych, a także logistycznych obecny okres dramatycznych podwyżek cen na całym świecie to żniwa. Maersk, największa firma logistyczna na świecie, nigdy – od początku swego prawie 120-letniego istnienia – nie miał tak dobrych wyników jak w ciągu ostatnich dwóch lat. Największe firmy paliwowe, ExxonMobil, Chevron, BP, Saudi Aramco, podobnie jak nasz Orlen, mają najlepsze wyniki w historii. Obecna inflacja i recesja dają bardzo wielu spółkom możliwość osiągania nadzwyczajnych efektów poprzez zwyczajne notoryczne podwyżki cen.

Część ekonomistów, komentując wyniki przedsiębiorstw za 2021 r., zwracała uwagę na „bonanzę cenową”, która – pod pretekstem wysokiej inflacji – pozwoliła wielu firmom osiągnąć rekordowo wysokie zyski…

W efekcie tego krótkookresowo mamy teraz bardzo bezpieczny okres dla prezesów spółek kontrolowanych przez państwo.

A długookresowo?

Długookresowo będzie już gorzej, jeśli z czasem zaczną nakładać się różnego rodzaju zakłócenia i problemy na styku ekonomii, technologii, ludzi i nowych rynkowych wyzwań. Chociaż jeśli w spółce jest fachowa kadra średniego szczebla, to firma może całkiem nieźle działać – jeśli prezes lub prezeska nie są jakimś sennym koszmarem. Zresztą wiele tych nominacji to nominacje polityczne i w związku z tym ci prezesi lub prezeski tak naprawdę nie zarządzają spółkami, lecz tylko je reprezentują. Udają się, spotykają, wygłaszają, no i wykonują polecenia partyjne. Wprawdzie muszą zatwierdzać wiele decyzji na posiedzeniach zarządu, ale to w końcu zarząd decyduje. I paradoksalnie dla takich prezesów czas kryzysu jest lepszy niż czas dobrej koniunktury.

Czy ta zasada dotyczy także szefów prywatnych firm? Oni też mogą chyba tłumaczyć pogorszenie wyników kryzysem, co pomoże im utrzymać stanowisko zgodnie z powiedzeniem, że nie zmienia się koni podczas przeprawy przez rzekę?

No nie, im łatwiej nie będzie, bo zbliża się czas, kiedy przede wszystkim będą rosły koszty, pieniądz będzie drogi, a najważniejszy parametr w życiu przedsiębiorstwa – cashflow – będzie zagrożony. Zawsze w czasach dekoniunktury cashflow się pogarsza, gdyż występują kłopoty z windykacją należności i rosną szybko koszty finansowania działalności. Teraz, po raz pierwszy od prawie 30 lat, pieniądz drożeje w błyskawicznym tempie. A to oznacza, że zarządzanie pod względem przepływów pieniężnych jest coraz trudniejsze, nawet gdy spółki mają nadzwyczajne zyski. W rozmowach z prezesami czy właścicielami firm często słyszę, że wprawdzie mają kilkukrotnie wyższe zyski niż kiedykolwiek w historii, ale problem w tym, że już w tym roku po raz pierwszy od dawna mają negatywny cashflow. I w wielu przypadkach ci menedżerowie po raz pierwszy w swoim zawodowym życiu zetknęli się z inflacją, kosztami finansowania, kłopotami z windykacją. Na razie firmy łatają problemy niedoboru środków finansowych zwiększaniem kredytów, ale to w przyszłym roku zaowocuje zmniejszeniem marż. W rezultacie takie spółki staną się bardziej ryzykowne z punktu widzenia banków. A menedżerowie będą musieli się nauczyć zarządzać w warunkach wysokiego ryzyka, bardziej konserwatywnie i z większą perspektywą możliwych zagrożeń niż dotychczas.

Czemu jednak przy wysokich zyskach firmy mają takie problemy z cashflow? Czy to efekt zatorów płatniczych?

Nie jest to kwestia zatorów. Problem przede wszystkim wynika z faktu, że zysk jest kategorią księgową, a przepływy pieniężne są kategorią finansową. Jeśli nawet firmy sprzedają więcej i drożej, to część odbiorców nie jest w stanie ulokować ich produktów na rynku. Przestają więc płacić za produkty, które zalegają im w magazynach. Z drugiej strony firmy muszą na bieżąco opłacać ZUS i podatki oraz drastycznie rosnące koszty energii i płac. W rezultacie wszystkie koszty puchną, ale wpływy nie rosną już w takim tempie jak dotychczas. Firmy tkwią więc dzisiaj w podwójnym klinczu, zwłaszcza te, które dużo kupują za granicą. Proszę zwrócić uwagę, że banki na ten rok prognozowały kurs dolara na ok. 4,15 zł i na takim poziomie zostały skonstruowane tegoroczne budżety. Tymczasem teraz mamy dolara po ok. 4,6 zł. W rezultacie firmom, które np. importowały surowce, komponenty lub towary w wysokości 20 proc. swojej sprzedaży, płacąc w dolarach lub euro, zniknęło około 2 pkt proc. marży. Jeśli eksportowały, to pozostały w równowadze, ale jeśli działały na polskim rynku, to oznacza, że zniknęła im jedna trzecia prognozowanej marży, a w przypadku euro nawet połowa. Koszty zaś rosną.

Jaki będzie efekt tych zmian?

Oceniam, że – poza kilkoma szczególnymi branżami – nawet 50–60 proc. marż w prywatnych firmach w nadchodzących latach wyparuje. Stąd też mamy tak niski poziom inwestycji, chyba najniższy od połowy lat 90. Menedżerowie są racjonalni i już tną wydatki w oczekiwaniu złej przyszłości. Powinniśmy mieć inwestycje na poziomie 26–28 proc. PKB, a one wynoszą tylko 16 proc., przy czym nikt nie jest pewien, czy nadal jest to prawda. A to oznacza wyhamowanie rozwoju gospodarczego i kłopoty gospodarcze. I kłopoty firm, które będą musiały działać w coraz trudniejszych warunkach i redukować koszty. Są trzy miejsca, w których przedsiębiorstwa mogą oszczędzić; najczęściej pierwsza pod nóż idzie polityka szkoleń, jako drugi – marketing, a po trzecie inwestycje. Inwestycje oznaczają, że trzeba zaciągnąć dług, a zaciągnięcie długu oznacza koszty finansowe. Jeśli inwestycje spadną do 13–14 proc., będzie to oznaczało gospodarczy regres, który odbije się na nas długofalowo. W gospodarce nic nie ma za darmo – za wszystko trzeba zapłacić.

Chyba jednak nie wszyscy, biorąc pod uwagę informacje o świetnych zarobkach menedżerów spółek SP?

Naszą rozmowę zaczęliśmy od firm państwowych. Wiele z nich to bardzo duże organizmy. One przeżyją. Najwyżej nie będą wypłacały dywidendy albo wypłacą ją z długu. Taka państwowa spółka pójdzie np. do PKO BP i powie, że potrzebuje 500 mln albo miliard złotych kredytu na wypłatę dywidendy dla Skarbu Państwa. Który państwowy bank nie da takiego kredytu? Państwowe spółki są więc zwykle i tak w dobrej sytuacji; nie upadną, bo po pierwsze, na świecie takie firmy nie upadają, a po drugie, większość z wielkich spółek kontrolowanych przez Skarb Państwa – może poza KGHM, który zależy od ceny miedzi – nie jest poddana silniejszej presji międzynarodowej. Ani Orlen, ani PERN, ani Energa czy Tauron nie konkurują bezpośrednio z wielkimi tego świata. To quasi-monopoliści albo oligopoliści polskiego rynku, którym nie da się zrobić krzywdy.

Jednak to one, jeśli są źle zarządzane, mogą zrobić krzywdę, bo np. będą sobie poprawiać marże poprzez podwyżki ceny energii czy paliw, podczas gdy prywatne firmy będą krwawić?

To prawda, ale mówiąc uczciwie, również firmy prywatne zrobiłyby to samo, bo z ich punktu widzenia jest to okazja rynkowa. Proszę też pamiętać o tym, że nawet jeśli politycy dużo mówią o dobru obywateli, to kluczowa jest dla nich dywidenda dla Skarbu Państwa, szczególnie przed wyborami.