Nie ma dnia, żeby któraś z europejskich linii lotniczych nie odwołała połączenia. Loty opóźnione z różnych przyczyn możemy liczyć w setkach. Tylko na podstawie oficjalnych komunikatów widać, że w lipcu europejskie linie lotnicze zawiodą – nie zawsze ze swojej winy – znacznie ponad milion pasażerów, których loty zostaną odwołane. Po monitorach na lotniskach widać, że tych zawiedzionych jest i będzie znacznie więcej. Sytuacja ma szansę poprawić się dopiero pod koniec lata.

Lotnictwo to branża działająca na zasadzie naczyń połączonych. Wydawało się, że skoro w Polsce ruch pasażerski będzie mniejszy z powodu wojny w Ukrainie, to chaos w zachodnich portach będzie słabo odczuwalny u nas. Tak jednak się nie stało.

Lepiej w portach regionalnych

Z jednej strony widać, że Polacy chcą podróżować. Pokazują to chociażby wyniki warszawskiego Lotniska Chopina, gdzie w czerwcu odprawiło się 1,57 mln pasażerów, tylko o 12 proc. mniej niż w rekordowym 2019 roku.

Czytaj więcej

British Airways anuluje kolejnych 10 tysięcy lotów. "Lepiej teraz niż później"

Problem jest jednak z rejsami odwołanymi i opóźnionymi. Ale akurat tutaj doskonale widać, że procentowo w Warszawie tych, które nie przylecą o czasie albo wcale, jest tyle samo, co np. w Barcelonie. Lepsza sytuacja jest na polskich ważnych lotniskach regionalnych: w Krakowie, Modlinie, Katowicach czy Gdańsku. Tam praktycznie nie ma ruchu przesiadkowego, więc ryzyko opóźnień i lotów odwołanych jest mniejsze.

– PLL LOT, aby ograniczyć ryzyka operacyjne w szczycie sezonu letniego, podjęły decyzję o zmianach w letniej siatce połączeń. Odwołania lotów dotyczą wybranych połączeń „nocujących” do Amsterdamu, Mediolanu, Hamburga, Göteborga i Lublina w okresie od 18 lipca do końca sierpnia – mówi „Rzeczpospolitej” Paulina Soboniak z biura prasowego przewoźnika. – W związku z remontem na krakowskim lotnisku oraz ograniczeniami operacyjnymi lotniska w Tel-Awiwie – rejsy z Krakowa do Tel-Awiwu zostają zmienione z wieczornych na poranne – dodaje.

Biuro podróży Itaka rozwiązało problemy z koniecznością odwołania niektórych lotów, podpisując umowę z ukraińskim przewoźnikiem Ukraine International Airlines, który postawi jeden ze swoich Boeingów 737-900 na lotnisku w Katowicach i zależnie od potrzeb Itaki będzie woził turystów m.in. do Egiptu, Turcji, Tunezji czy Grecji. W ten sposób touroperator ma pewność, że nie dojdzie do powtórki sytuacji z czerwca, kiedy część jego klientów musiała przedłużyć pobyt w Egipcie, bo linia czarterowa nie była w stanie wykonać lotu.

Tylko drogie bilety

Niektóre linie, takie jak brytyjskie easyJet czy British Airways, przyznają, że nie radzą sobie z chaosem na lotniskach i po prostu odwołują loty. Już nie dziesiątkami czy setkami, ale tysiącami. Lufthansa poinformowała, że jest zmuszona zmniejszyć liczbę letnich połączeń o 6 proc.

– To prawda, zwolniliśmy za dużo osób – przyznał prezes Grupy Lufthansa Carsten Spohr. Widać jednak wyraźnie, że niemiecki przewoźnik nie zamierza rezygnować z przychodów, bo sprzedaż biletów ogranicza wyłącznie do najwyższych taryf i wcale się z tym nie kryje. To dlatego za bilet z Frankfurtu do Londynu trzeba zapłacić 1000 euro. Lotnisko Heathrow w Londynie też ograniczyło liczbę przyjmowanych lotów i podniosło opłaty. Trzykrotnie więcej niż na początku czerwca kosztuje teraz bilet z Warszawy na amsterdamskie lotnisko Schiphol i to obojętne, czy lecimy LOT-em czy KLM. Lot Ryanairem gdziekolwiek to wydatek minimum 1000 zł.

A czy jest coś, co mogą zrobić pasażerowie, żeby zminimalizować ryzyko zakłóceń w podróży. Jeśli lot jest odwołany, to wybrać zmianę daty lub trasy podróży, a nie zwrot pieniędzy. Mała jest szansa, że za kwotę, jaką zapłaciliśmy kilka tygodni temu, teraz kupimy podobny bilet. Jeśli mamy szansę, wybierajmy poranne rejsy. Wtedy odwołania są rzadsze. Podróżujmy z bagażem podręcznym, jeśli tylko jest to możliwe. A do odprawy zgłośmy się przynajmniej na trzy godziny przed odlotem. To wszystko podróży nie zagwarantuje, ale zwiększy szanse, że jednak polecimy.