Wydawało się, że branża hotelarska znalazła się już na dnie, tymczasem okazuje się, że może być znacznie gorzej. Bez pomocy finansowej państwa definitywne odcięcie hoteli od gości pomiędzy 28 grudnia a 17 stycznia ostatecznie dobije te obiekty, które od wiosennego lockdownu nie są w stanie poprawić kondycji finansowej.

Czytaj także: Fatalne wyniki hoteli. Bez 2,2 mld złotych nie przetrwają

Jeszcze w pierwszej połowie grudnia, a więc przed wprowadzeniem najnowszych obostrzeń, blisko 90 proc. hoteli informowało Izbę Gospodarczą Hotelarstwa Polskiego (IGHP) o średniej frekwencji poniżej 20 proc. Było to efektem ograniczenia w przyjmowaniu gości wyłącznie do osób w podróży służbowej. W sześciu hotelach na dziesięć obłożenie nie przekraczało nawet 10 proc. Na dodatek wraz z ubytkiem gości zmalały ceny – w przypadku prawie dwóch trzecich hoteli – o więcej niż 10 proc. Teraz nowy lockdown mocno pogłębi dotychczasowe straty.

Przetrwać do wiosny

Według najnowszych wyliczeń IGHP, do których dotarła „Rzeczpospolita", na pokrycie kosztów utrzymania pracowników i nieruchomości w czasie, gdy hotele będą zamknięte, potrzeba miesięcznie około 400 mln zł. To o 35 mln zł więcej od szacunków, które przeprowadzono dla hoteli pracujących z ograniczeniem do obsługi podróży służbowych. Oznacza to, że aby przetrwać do sezonu wiosennego, branża potrzebowałaby dofinansowania wartego 2,4 mld zł. Ale zamknięcie od 28 grudnia dla wielu hoteli położonych w regionach turystycznych zbiega się z okresem najwyższego sezonu. Stracą więc możliwość wypracowania w tym czasie dodatkowych przychodów. Pozwalają one co roku na pokrycie kosztów w słabszych miesiącach i na realizację niezbędnych inwestycji. W rezultacie IGHP zakłada, że przez zamknięcie sezonu zimowego branża straci 3,5 mld zł.

Hotelarzy oburzył sposób, w jaki dowiedzieli się o lockdownie. Zwłaszcza że – co podkreślają – nie otrzymali równoczesnej deklaracji rządu w sprawie realnej pomocy w okresie zamknięcia działalności. – Odczuwamy nie tylko brak solidarności podkreślanej wcześniej przez premiera, ale wręcz niechęć rządu do zajęcia się sprawami jednej z branż najbardziej dotkniętych kryzysem – powiedział „Rzeczpospolitej" Ireneusz Węgłowski, prezes IGHP. Sposób wprowadzania obostrzeń krytykują także eksperci rynku hotelowego. – Pandemiczne restrykcje, jeśli są konieczne dla bezpieczeństwa całego społeczeństwa, można zrozumieć. Ale chaos w ich ogłaszaniu i wdrażaniu trudno pojąć – twierdzi Dariusz Futoma, partner zarządzający w polskim oddziale firmy doradczej Horwath HTL.

Tymczasem pogarszająca się kondycja branży zbiegła się z uruchomieniem w 2020 r. wielu nowych hoteli. Jak podaje firma Walter Herz, od początku 2020 roku w samej Warszawie otwartych zostało kilka obiektów oferujących ponad 1000 pokoi hotelowych. Co prawda część weszła na rynek z kilkumiesięcznym opóźnieniem, ale przez problemy z dostawą wyposażenia. Nawet w okresie największego nasilenia zachorowań, na przełomie listopada i grudnia, otwarto duży hotel w kompleksie Warsaw Hub, który dostarczył łącznie 430 pokoi.

Okazja do przejęć

Nie znaczy to, że problemy z pandemią omijają inwestorów. Według Katarzyny Tenczy, dyrektora ds. hotelowych w Walter Herz, opóźnienia w inwestycjach planowanych lub w trakcie przygotowania wynikają ze znacznego pogorszenia warunków finansowania dla tego segmentu albo zupełnego wstrzymania kredytów przez część banków. – Obserwujemy także znacznie mniejsze zainteresowanie rynkiem hotelowym od strony inwestycyjnej. Z drugiej strony jest wciąż spora grupa inwestorów, która wierzy w ten produkt jako atrakcyjne, długoterminowe aktywo – mówi Tencza.

Pandemia może także wpłynąć na zmiany właścicielskie w już działających hotelach. Zwłaszcza tych w trudnej sytuacji finansowej. – Oczywiście nie jesteśmy w stanie przewidzieć fali bankructw, ale chętnych na ciekawe obiekty zapewne będzie wielu, bo zgromadzonych środków na rynku jest potężna ilość – uważa Futoma.