Sejm uchwalił w piątek ustawę, która pozwala na udzielenie kredytu w zamian za nieruchomość. Choć nie narzuca ona ograniczeń wiekowych, to ma to być produkt skierowany głównie do osób starszych, przede wszystkich tych, które nie mają spadkobierców, a mają potrzeby finansowe.
Za życia takiej osoby bank może zabezpieczyć kredyt hipoteką na nieruchomości, a po jej śmierci przejąć mieszkanie czy dom.
Delikatnie rzecz ujmując, bankowcy nie widzą w tym dobrego biznesu.
– Potencjalne zyski banku odłożone są w czasie, co sprawia, że jest to wyjątkowo ryzykowny produkt, który na lata blokuje kapitał banku. Bank wypłaca klientowi znaczącą kwotę pieniędzy z góry i oczekuje zysku np. ze sprzedaży mieszkania po jego śmierci (warto podkreślić, że będzie musiał z tym dodatkowo poczekać co najmniej 12 miesięcy od śmierci), biorąc w tym czasie na siebie ryzyko wahań cen nieruchomości – mówi Bartosz Kapuściński, partner w kancelarii Alior Doradztwo Prawne.
Dodaje, że te same środki bank może w tym czasie zaangażować np. w akcje kredytową i zainkasować zyski niemalże od ręki.
Eksperci podkreślają, że ustawodawca nie skonfrontował pomysłu z oczekiwaniami banków, ich klientów i danymi dotyczącymi nieruchomości mieszkaniowych, bo te wyraźnie wskazują, że ewentualny rynek na odwróconą hipotekę oferowaną przez banki jest bardzo płytki. – Obecnie przyglądamy się sytuacji na rynku i nie wykluczamy żadnego scenariusza – mówi Artur Newecki z biura prasowego Getin Noble Bank.
– Na razie nie szykujemy żadnej oferty tego produktu – mówi Krzysztof Olszewski, rzecznik mBanku.
Podobnej odpowiedzi udzieliło nam kilka innych banków. A większość nie chce się nawet oficjalnie wypowiadać. Dlaczego?
– To jest także problem reputacyjny, bo mogą się pojawić opinie, że banki zarabiają na staruszkach. Tym bardziej że trzeba się liczyć z tym, że klient dostanie stosunkowo niewielki kredyt w stosunku do wartości nieruchomości – mówi przedstawiciel jednego z banków.
Dodaje, że starsi ludzie mogą nie zrozumieć tego produktu i może się to wiązać z późniejszymi zarzutami. Wysokość takiego kredytu zależałaby od banku. Eksperci twierdzą, że patrząc na doświadczenia z rynków zagranicznych (głównie z USA i Australii), jego wysokość mogłaby wynosić zaledwie 30–50 proc. wartości nieruchomości.
To jeden z powodów, dla którego bankowcy nie przewidują zainteresowania takim produktem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że obecni emeryci najczęściej mają dzieci i wnuków, którym zostawiają w spadku swoje nieruchomości.
– Trudno uznać, że nagle pojawi się duża liczba mieszkań, które zostaną „sprzedane" bankom. Prawda jest taka, że na większe zainteresowanie klientów produktem możemy liczyć za 30–40 lat, kiedy obecni młodzi ludzie, którzy zdecydowanie rzadziej decydują się na dzieci, spłacą swoje mieszkania kupione za kredyt i w obliczu niskiej emerytury z ZUS/OFE zdecydują się odzyskać część kapitału zamrożonego w nieruchomościach – uważa Bartosz Kapuściński.
masz pytanie, wyślij e-mail do autorki m.sajewicz@rp.pl