fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Antyutopia dla lewaków

Thomas DiLorenzo
GAGE_SKIDMORE
Ja nie muszę zadawać setek pytań ludziom, by wiedzieć, czym powinien zajmować się rząd, bo zamiast w ekonomię szczęścia, wierzę po prostu w ekonomię – twierdzi amerykański ekonomista
Ostatnio ONZ opublikowała pierwszy światowy raport szczęścia stworzony przez znanego lewicowego ekonomistę Jeffreya Sachsa. Potwierdza on od dawna lansowaną tezę, że dla poczucia szczęścia od bogactwa ważniejsze są takie czynniki, jak równość społeczna, rozwinięta pomoc socjalna i poczucie bezpieczeństwa na rynku pracy.

Ułuda profesora Sachsa

To pierwszy raport ONZ, ale nie pierwszy raport stworzony przez lewicowych naukowców. Wpisuje się on idealnie w narzucanie światu przez ONZ swojej socjalizującej ideologii. Zaskakujące tylko, jak bardzo prostacki jest tym razem raport profesora Sachsa. Bo w końcu kto zaprzeczy, że ludzie są szczęśliwsi, jeśli mają pracę i środki do utrzymania rodziny?

Większość wniosków, pomijając rzecz jasna te czysto ideologiczne, to znane wszystkim oczywistości, tyle że ujęte w język brzmiący bardziej naukowo. Oczywiście, trudno w 157-stronicowym opracowaniu nie wymyślić nowych faktów, jednak w raporcie tym nie widzę nic, z czym nie spotkałem się już wcześniej w moich badaniach nad lansowaną od wielu lat ekonomią szczęścia.

Od dawna bowiem można zauważyć, że wszystkie przedstawiane przez ONZ statystyki i opracowania mają jeden cel: dać ONZ i jej państwom członkowskim więcej władzy nad naszym życiem i, co za tym idzie, więcej naszych pieniędzy. Nieco ironizując, można by powiedzieć, że w tych najnowszych badaniach zabrakło jednego kluczowego pytania: „czy byłbyś szczęśliwszy, gdyby nie wydawano bilionów dolarów na funkcjonowanie ONZ?". Jeffrey Sachs dostał za zadanie stworzenie ułudy, że rządy mogą czytać w naszych myślach i dowiadywać się, czego tak naprawdę pragniemy; co w rzeczywistości daje nam szczęście. On i jemu podobni sporządzają fałszywe statystyki, które pozwalają rządom tłumaczyć swój interwencjonizm gospodarczy.

Tylko jak uczy historia, czyli fakty, a nie kreatywnie przygotowane kwestionariusze z pytaniami, zaangażowanie państwa w gospodarkę i w nasze życie prowadzi do katastrof i olbrzymich nieszczęść.

Zabrać bogatym, dać biednym

Ekonomia szczęścia często mówi o potrzebie równości społecznej. Równość ta jednak nie jest równością, bo wcale nie oznacza traktowania wszystkich jednakowo, zgodnie z tym samym prawem. Oznacza natomiast równość materialną, czyli wykreowaną przez ideologię komunistyczną antyutopię sprawiedliwości.
Rząd twierdzi, że dzięki temu, iż zabierze ludziom bogatym – a więc i bardzo szczęśliwym – trochę bogactwa i przekaże je ludziom biednym – a więc nieszczęśliwym – uda mu się zwiększyć „średnią krajową szczęścia". Bogacze ledwo zauważą stratę, a dla biedaków będzie to znaczne zwiększenie ich poziomu życia. Z tym że takie uzasadnienie nie jest w żaden sposób dopuszczalne.
Ludzie, których wykańczają podatki, są na pewno bardzo niezadowoleni, a ich nieszczęście przekracza wszelkie ewentualne korzyści innych ludzi, bo przecież jest jeszcze kwestia prawdziwej sprawiedliwości. Ludzie ci mają prawo czuć się ograbieni, więc są tym bardziej nieszczęśliwi.
Szczęście nie jest pojęciem obiektywnym, ale absolutnie subiektywnym. Oznacza to, że istnieje ono tylko w umyśle człowieka i nigdy nie może być zmierzone przez nikogo z zewnątrz. Państwo, które udaje, że może planować nasze szczęście, powtarza znaną od dawna marksistowską tezę „od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb". Idea ta została dawno wyrażona w „Manifeście komunistycznym", a dziś jest formułowana w nowym, naukowym języku. Jednak państwo nie potrafi zmierzyć ani szczęścia, ani zdolności, ani potrzeb.

Urzędnicy wiedzą lepiej

W debacie publicznej lewicowi naukowcy zamiennie używają pojęć „opieka socjalna" i „szczęście". Kiedyś socjaliści mówili, że zwiększą opiekę społeczną, a dziś już wszem wobec ogłaszają, że zwiększają szczęście. Doprawdy ciekawe to założenie, że te dwa słowa są synonimami.
Najgorsza w tego typu badaniach jest bezwarunkowa wiara w sens własnych pytań i w głębie udzielanych odpowiedzi. A wygląda to tak: bierzemy reprezentatywne grupy ludzi z wielu krajów, pytamy ich o to, jak bardzo wspiera ich państwo, a potem o to, czy czują się szczęśliwi. Patrzymy na zależności między odpowiedziami i wyciągamy proste wnioski. Tylko czy ci ludzie na pewno są szczęśliwi, dlatego że państwo ich wspiera? Skąd wiemy, że nie byliby jeszcze szczęśliwsi, gdyby zamiast opieki społecznej mieli więcej bogactwa, z którym mogliby robić, co im się żywnie podoba? I czy wolne społeczeństwo nie poradziłoby sobie lepiej z ubóstwem, niż nieudolnie walczy z nim państwo?
Historia pokazuje, że socjalizm w każdej swojej formie prowadzi do totalnej katastrofy gospodarczej i społecznej. Badania, które zaprzeczają tym faktom, nie powinny być brane na poważnie. Jednak dziś próbuje nas się przekonać do pewnego sylogizmu: 1) socjalizm przynosi gospodarcze i ludzkie nieszczęście wszędzie tam, gdzie zostaje wdrożony, 2) każdy o tym wie, 3) dlatego właśnie potrzebujemy więcej socjalizmu.
A oczywiste jest przecież coś zgoła przeciwnego! Do realizowania szczęścia każdemu człowiekowi jest potrzebna swoboda, wolność wyboru, możliwość realizacji potrzeb, które dla każdego z nas są różne i wynikają z nieskończenie wielu różnych czynników. To nie państwowy przymus i redystrybucja dochodów wedle odgórnie ustalonych kryteriów dają nam szczęście. Lewicowe badania szczęścia prowadzą do bardzo niebezpiecznych wniosków, że to urzędnicy lepiej zapewniają nam szczęście niż my sami.

Bezsens pewnych badań

Z badań szczęścia wynika też, że zdecydowana większość ludzi opowiada się za różnymi programami walki z ubóstwem. Mało kto zauważa, że programy te niszczą bodźce do pracy i powodują rozpad potrzebnych społeczeństwu więzi rodzinnych. Im bardziej konserwują one ubóstwo, tym, niestety, więcej ludzi się za nimi opowiada. To błędne koło. Tak samo jest z każdą inną „pomocą" państwa. Im więcej rząd psuje, tym więcej ludzi widzi potrzebę, by „pomagał" jeszcze bardziej.
Jednak w takich kwestionariuszach wszystko zależy od postawionych pytań. A gdyby zapytać, czy jesteś za niszczeniem przez państwo bodźców do pracy? Albo czy jesteś za niszczeniem więzi rodzinnych? Nagle okazałoby się, że zdecydowana większość ludzi jest przeciw prowadzeniu przez państwo programów walki z ubóstwem! Dlatego takie raporty nie mają żadnego sensu.
Codziennie widzimy, jak wiele osób bierze udział w wolnorynkowej wymianie i że wszystkim przynosi to wymierne korzyści. W całej historii świata nie ma społeczeństwa, które nie osiągałoby szczęśliwości dzięki wolnemu rynkowi. A jeżeli fakty są takie, jakie są, to po co jeszcze prowadzić badania?
Ja nie muszę zadawać setek pytań ludziom, by wiedzieć, czym powinien zajmować się rząd, bo zamiast w ekonomię szczęścia, wierzę po prostu w ekonomię. Zamiast w równość społeczną – w równość. A zamiast w sprawiedliwość społeczną – po prostu w sprawiedliwość.
Podobnie wszystkim polecam też dążenie do szczęścia, a nie do uszczęśliwiania budżetu ONZ i poszczególnych krajów członkowskich.
—not. puo
Thomas DiLorenzo – profesor ekonomii na Loyola University Maryland, jeden z głównych analityków Instytutu Ludwiga von Misesa, najbardziej wpływowego wolnorynkowego think tanku w USA
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA