Komentarze

Brzydkie kaczątko

Popularność PiS świadczy o tym, że wartości „okolic prowincjonalnej parafii” wyznaje wielu Polaków – pisze psycholog społeczny Norbert Maliszewski
Jarosław Kaczyński jest jednym z liderów klasyfikacji najmniej lubianych polityków. Jednocześnie prowadzi w rankingu na najlepszego kandydata na premiera. Jest przywódcą zadaniowym, którego ceni się za skuteczność, pracowitość, lecz się go nie lubi. Jednak to, co stanowi o fenomenie Kaczyńskiego, to – niekiedy postrzegana jako mściwość – jego niezwykle silna potrzeba sprawiedliwości. A to jest właśnie źródłem sukcesów PiS.
Studium przypadku Jarosława Kaczyńskiego warto poprowadzić dwutorowo. Brać pod uwagę, jak postrzegają go protagoniści i oponenci. To znane przecież zjawisko, że dla jednych szczodrość jest hojnością, dla innych zaś rozrzutnością. Jarosław Kaczyński ma wiele cech pozytywnych. W oczach zwolenników wyróżnia się m.in.: „ikrą”, silną potrzebą sprawiedliwości, charyzmą. Te wszystkie cechy występują u niego w natężeniu maksymalnym, więc wzbudzają skrajne emocje. Z tego względu „ikra” jest odbierana przez przeciwników jako „paranoja”, sprawiedliwość jako mściwość, siła i charyzma zaś jako autorytaryzm.
Ludzie z pasją mają prawo wyglądać niechlujnie, mieć okulary z denkami po słoikach, nawet się jąkać. Dla ich zwolenników ważna jest ich muzyka, intrygujące eksperymenty czy pomysły na kierowanie państwem. Jarosław Kaczyński nie ma uroku Davida Beckhama, a nawet Aleksandra Kwaśniewskiego w jego fazie schyłkowej. Jest za to autentyczny. Ta jego szczera abnegacja i żarty z samego siebie mogą wyrównywać straty związane z niezbyt atrakcyjną aparycją. Ale Jarosław Kaczyński nie ma i mieć nie będzie tej broni, którą daje atrakcyjność – po prostu samą swoją obecnością nie naelektryzuje powietrza, jak zdarza się innym politykom. Jednak to nie brak urody jest wyjaśnieniem antypatii, którą czuje część wyborców. Ważniejsze w wyjaśnianiu rankingów antypatii są cechy osobowe. Jarosław Kaczyński potrafi operować ciętym słowem, w dyskusji ma fenomenalny refleks. To było widać w debacie z Kwaśniewskim. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie i oddali serię min. Kwaśniewski uśmiechał się do wszystkich, tylko nie do oponenta, ale też przerywał mu, drażnił jego ambicję. Kaczyński perorował z wyciągniętym w górę palcem, sypiąc argumentami, od czasu do czasu dając kuksańca. Czasem ironizował, czasem go poniosło i dawał upust wrodzonej zawziętości. Część wyborców złości ta zawziętość Jarosława Kaczyńskiego. Ci oddali więc palmę pierwszeństwa Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Natomiast eksperci, mniej wrażliwi na emocje, bardziej czuli na argumenty, raczej wskazywali jako zwycięzcę Jarosława Kaczyńskiego. Kaczyński nie ma uroku Beckhama ani nawet Kwaśniewskiego. Jest za to autentyczny Swojego temperamentu Kaczyński nie okiełzna, podobnie jak nie zmieni swojego wzrostu. Te cechy są wrodzone. Ten typ tak ma. I Kaczyński doskonale sobie z tego zdaje sprawę. Nic dziwnego, że zanim został premierem, przez wiele lat wolał pozostawać w cieniu, był szarą eminencją i reżyserował zdarzenia ze swego gabinetu. Bycie premierem jest niewątpliwie trudne. Jarosław Kaczyński z chęcią powróciłby do swojej „reżyserki”, gdyby nie kolejna cecha, która jest najważniejszym elementem jego portretu. To ogromna potrzeba sprawiedliwości. Z tej osobistej cechy wyrósł sukces PiS. Społeczne poczucie niesprawiedliwości może doprowadzić narody do rewolucji. Walka o sprawiedliwość zrodziła wielu legendarnych bohaterów ludowych. Jarosław Kaczyński w cieniu swojego gabinetu jest Janosikiem. Nie ma ciupagi, lecz długopis. Walczy z korupcją, „oligarchami”, „korporacjami”. Łupi osoby, które nieuczciwie dorobiły się majątków, i rozdaje mieszkania ubogim spółdzielcom. Niewątpliwie głoszona przez PiS „społeczna sprawiedliwość” przysparza tej partii wielu głosów. Ale i sprawiedliwość, tak jak niemal każda cecha u Jarosława Kaczyńskiego, ma także swój radykalny wymiar, a wtedy odczytywana jest jako mściwość. Wyrównywanie społecznych i politycznych szans jest odczytywane jako zemsta na nielubiących PiS wykształciuchach. Akcje CBA, spoty PiS mogą być postrzegane jako atak na „liberalne elity kulturalne”, autorytet lekarzy, prawników i przedsiębiorców. Jarosław Kaczyński „poświęca ludzi dla idei”, gdyż jest przywódcą zadaniowym. Najważniejsze dla niego jest działanie, osiągnięcie celu. Nie troszczy się zbytnio o atmosferę, dobre samopoczucie współpracowników, co jest domeną przywódców „demokratycznych”. Jarosław Kaczyński bywa nielubiany, podobnie jak twardzi, kompetentni szefowie w firmach. Natomiast jest ceniony za sprawność, pracowitość, efektywność. Zwłaszcza, że tej wyjątkowej sprawności odmawia się jego oponentom. W tej sytuacji przeciwnicy Kaczyńskiego jego zalety (których im, w odbiorze społecznym, brak) starają się reinterpretować jako wady. Krytycy poczynań premiera przypisują mu więc zapalczywość, despotyzm i autorytaryzm. Ciekawe, że nikt Jarosławowi Kaczyńskiemu nie odmawia skuteczności. Nie mając silnego zaplecza politycznego, stworzył partię, która rządziła i obecnie prowadzi w sondażach. To nieprawda, że Kaczyński podzielił Polaków dwa lata temu, aby dojść do władzy. Jego strategia była duża sprytniejsza. Podziały, do których się odwoływał, były pozorne. Swojego temperamentu lider PiS nie okiełzna, podobnie jak nie zmieni swego wzrostu Lider PiS zaproponował przeciętnemu Kowalskiemu uczestnictwo w atrakcyjnej grupie, z którą ów człowiek mógł się utożsamić: Polacy, katolicy, solidarni, rodzinni, uczciwi (hasła: „Polska prawa, Polska sprawiedliwa”; „PiS – godna reprezentacja w Europie”). „Obcy” zaś, czyli zwolennicy PO, posłużyli Kaczyńskiemu jako straszak. Byli to „krwiopijcy-liberałowie” (np. spot z pustą lodówką, apteczką i pokojem dziecka), skorumpowani i potomkowie „dziadków z Wehrmachtu”. Ta operacja spowodowała, że Jarosław Kaczyński przez niektóre media jest uznawany za genialnego stratega i męża stanu. W innych zaś nazywany jest bezwzględnym manipulatorem. Dlaczego media nie lubią Kaczyńskich i ich demokracji? Odpowiedź jest banalna. Premier nie jest lubiany, gdyż promuje wartości z „okolic prowincjonalnych parafii” – katolicyzm, kolektywizm, solidarność, autorytaryzm, polskość. Natomiast duża część dziennikarzy, ludzi kultury, przedsiębiorców wyznaje „salonowe” wartości – otwartość, indywidualizm, tolerancję. „Salon” jednak nigdy nie był tak słaby jak obecnie. Nie ma własnej silnej reprezentacji politycznej, broni się w okopach. Artykuły krytyczne wobec Kaczyńskich są często tylko wyrazem nieudolnej, podskórnej obrony własnych pryncypiów. Ich autorzy nie tyle walczą z „Kaczkami”, co duszą się w stawie obcych sobie zasad i wartości. „Salon” nie rozumie Kaczyńskich nie dlatego, że wyznaje zasady inne niż wartości „okolic prowincjonalnej parafii”. Nie rozumie ich dlatego, że usiłuje oceniać wartości i uznaje, że te salonowe są lepsze niż te parafialne. Tymczasem w rzeczywistości nie są one ani lepsze, ani gorsze. Po prostu są różne, ale równoprawne. Zwalczanie wartości „okolic prowincjonalnej parafii” oznacza, że nie lubi się demokracji. Humanista nie powinien traktować ludzi jak bydła, któremu wybiera się pastwiska. Mrzonką są rządy arystokracji, ludzi światłych. Co więcej, popularność PiS świadczy o tym, że wartości „okolic prowincjonalnej parafii” wyznaje nie tylko Jarosław Kaczyński, ale wielu Polaków. Wszystko to nie oznacza, że nie należy krytykować poczynań Jarosława Kaczyńskiego. W skrajnej postaci wartości „okolic prowincjonalnej parafii” zamieniają się bowiem w zaściankowość, dyktaturę i ślepy nacjonalizm, oparty na lękach i spiskowych teoriach. Chodzi jednak o sposób dyskutowania. Dla jednych Jarosław Kaczyński zawsze będzie „wstrętnym Kaczorem”. Inni zaś dostrzegą w nim „brzydkie kaczątko”, które stara się być autentyczne, walczy o sprawiedliwość i to skutecznie. Dyskusja o polityku ma sens tylko wtedy, gdy jej obie strony dostrzegają wiele różnych cech postaci – a nie czynią z niej jednowymiarową karykaturę.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL