Ekonomia

Moda na historię warta krocie

Szarża w Brochowie (gmina Sochaczew) w 66. rocznicę bitwy nad Bzurą, największej w kampanii wrześniowej 1939 roku
Fotorzepa, Marcin Łobaczewski MŁ Marcin Łobaczewski
Miłość do historii to kosztowna pasja. Rekonstruktorzy bitew są gotowi za mundury i sprzęt zapłacić każdą kwotę. Na inscenizacje nie szczędzą pieniędzy także samorządy
Mamo, to ta wojna była aż tak straszna? – pyta kilkuletni chłopiec tuż po tym, gdy dwa stukasy zbombardowały chaty, z których w ostatniej chwili uciekli cywile. I choć bomby nie były prawdziwe, a wioska była jedynie makietą, to tegoroczna rekonstrukcja bitwy pod Mławą z 1939 r. zrobiła wrażenie nie tylko na dzieciach.
– Wiele osób pokonuje setki kilometrów, by obejrzeć tę inscenizację, dotknąć historii. Wszystkiemu towarzyszą olbrzymie emocje, a o to nam właśnie chodzi – mówi Sławomir Kowalewski, burmistrz Mławy. We wrześniu trudno o weekend bez imprez militarnych i inscenizacji z czasów drugiej wojny światowej. W miniony odbyły się m.in. rekonstrukcja bitew z 1939 r. w Tomaszowie Lubelskim oraz widowisko historyczne w Lubartowie upamiętniające agresję wojsk radzieckich na Polskę.
Imprez z danego okresu przybywa, gdy przypadają okrągłe rocznice. W ubiegłym roku, 60 lat po wybuchu drugiej wojny światowej, inscenizacje odbywały się niemal co tydzień od kwietnia do października. [srodtytul]Bitwa zamiast przecinania wstęgi[/srodtytul] Druga wojna światowa to jednak tylko jeden z wielu okresów historycznych odtwarzanych w rekonstrukcjach. W Polsce działają m.in. grupy skupiające legionistów rzymskich, wojów średniowiecznych, a także wojska z XVII wieku i okresu napoleońskiego. W sumie jest ich w naszym kraju kilkaset. Wojowie i żołnierze spotykają się już nie tylko na zamkniętych imprezach dla miłośników historii. W organizację rekonstrukcji coraz chętniej angażują się także samorządy. Sławomir Kowalewski pamięta obchody rocznicy bitwy pod Mławą z 2007 r., w których po raz pierwszy brał udział jako burmistrz. – Zauważyłem, że zainteresowanie historią naszego miasta jest znikome. W uroczystościach brali udział jedynie zaproszeni goście, żołnierze z zaprzyjaźnionej jednostki w Bartoszycach, poczty sztandarowe oraz kilku mieszkańców Mławy. Uznałem, że należy znaleźć inną formułę obchodów – wspomina Kowalewski. W tym roku rekonstrukcja bitwy pod Mławą odbyła się już po raz trzeci. Oglądało ją ok. 28 tys. widzów. – Kiedyś na rocznicę nadania praw miejskich zapraszani byli oficjele, którzy przecinali wstęgi. Dziś lokalne władze widzą, że większą korzyść wizerunkowi miasta czy regionu przynoszą imprezy historyczne – mówi Michał Śmielak z Agencji Eventów Historycznych Sarmata. Firmę tę rok temu zarejestrowali członkowie bractwa rycerskiego, zafascynowani głównie polskimi militariami z XVII w. W Sarmacie potrafią zorganizować nie tylko turniej rycerski czy jarmark, ale także wesele czy pokaz podczas imprezy integracyjnej dla firm. Zarobione pieniądze inwestują w wyposażenie bractwa. Udało się im np. kupić kilka armat za ok. 4 tys. zł za sztukę. Korzysta na tym również ich firma. Dzięki armatom pokazy, które organizuje, są bardziej atrakcyjne od tych, którymi mogą się pochwalić konkurenci. Oferta Sarmaty dla miast czy gmin zawiera atrakcje za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jednak są w Polsce imprezy historyczne kosztujące znacznie więcej. Organizacja tegorocznej rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem, którą obejrzało niemal 150 tys. widzów, pochłonęła milion złotych, dwa razy więcej niż w 2009 r. 200 tysięcy złotych wydała w tym roku Warszawa na rekonstrukcję „Pociąg z ochotnikami 1920”. – Wypuszczając na trasę zabytkowy pociąg, chcieliśmy przypomnieć o roli Warszawy jako areny najważniejszych wydarzeń politycznych i historycznych dla polskiej niepodległości, ale w takiej formie, która ma szansę dotrzeć do współczesnego odbiorcy, szczególnie młodego – mówi Andrzej Mańkowski, p. o. zastępcy dyrektora Biuro Promocji w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy. Wydatków na tegoroczną inscenizację nie podsumowały jeszcze władze Mławy. Ubiegłoroczna rekonstrukcja kosztowała nieco ponad 443 tys. zł. Z tej kwoty 80 tys. zł pokryło miasto. Resztę wyłożyli sponsorzy. W tym roku było ich prawie 40. Pieniądze dają nie tylko lokalne firmy. Imprezy historyczne wspiera też Ministerstwo Obrony Narodowej. Ale tylko wówczas, gdy po dotacje zgłoszą się organizacje pozarządowe. Fundacji Grunwald resort przekazał w tym roku 50 tys. zł. Tyle samo na tegoroczną rekonstrukcję bitwy mławskiej dostała Fundacja Polonia Militaris. Imprezy upamiętniające ważne wydarzenia historyczne współfinansuje również Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W tym roku przeznaczyło na nie łącznie ok. 10 mln zł. Pieniądze otrzymali m.in. organizatorzy bitwy grunwaldzkiej oraz Bitwy Warszawskiej z 1920 r. [srodtytul]Rycerz płaci najwięcej [/srodtytul] Rekonstruktorzy zazwyczaj nie dostają wynagrodzenia. Organizatorzy zapewniają im tylko noclegi i posiłki, a niekiedy rekompensują także koszty podróży. Nikt jednak nie narzeka, bo udział w imprezach to ich hobby. – Jesteśmy pasjonatami historii, którym przestały wystarczać książki. Chcemy na własnej skórze przekonać się, jak to było w przeszłości – wyjaśnia nam uczestnik inscenizacji z okresu drugiej wojny światowej. Pasja przekłada się na dużą dbałość o umundurowanie i wyposażenie. Wielu rekonstruktorów podczas imprez ma na sobie nie tylko właściwy mundur, ale także bieliznę. Pasujące do epoki są też drobiazgi, np. papierośnica czy okulary. Jednak w miejscach, gdzie odbywają się imprezy, pojawiają się też tacy, którzy tylko na pierwszy rzut oka przypominają żołnierzy z epoki. Pasjonaci nazywają ich zakałą ruchu rekonstrukcyjnego i nie dopuszczają do udziału w poważnych inscenizacjach. – Rekonstruktorzy to najbardziej wymagający klienci. Nie pozwalają na żadne odstępstwo od oryginału – mówi Wiesław Barski, właściciel zakładu szewskiego w Radomsku, a prywatnie członek grupy polskich kawalerzystów z 1939 roku. Pierwszą parę oficerek zrobił pod koniec lat 90. Jego nauczycielem był nieżyjący już ojciec. Dziś buty z jego zakładu nosi Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego. Mieli je na nogach także m.in. aktorzy grający w „Przedwiośniu” czy serialu „Przeprowadzki”. Za oficerki zrobione przez Barskiego trzeba zapłacić 1,2 – 1,5 tys. zł. Natomiast trzewiki noszone przez żołnierzy walczących podczas drugiej wojny światowej kosztują 500 – 800 zł. Na razie ostatnie buty, które Barski zrobił na potrzebę rekonstrukcji przeszły chrzest bojowy podczas tegorocznej imprezy D-Day Hel. Od kilku lat w nadbałtyckim kurorcie przez kilka dni sierpnia odbywa się lądowanie aliantów w Normandii. Zakup butów to zaledwie ułamek wydatków, które ponosi uczestnik imprez historycznych. Mundur i wyposażenie żołnierza niemieckiego z 1939 roku kosztuje 3 – 5 tys. zł. Wysokość wydatków zależy m.in. od tego, na jaką replikę broni zdecyduje się rekonstruktor. Najdroższa wersja może kosztować nawet 2 tys. zł. Niewiele mniej muszą wydać osoby kompletujące podstawowe wyposażenie polskiego żołnierza z tego okresu. Ci, którzy chcą się pochwalić wyjściową rogatywką, muszą wydać nawet 700 zł. W Polsce jest kilka firm, które szyją mundury z okresu drugiej wojny światowej. Można również kupić gotowe bluzy, hełmy czy buty. Dostępne są głównie w sklepach internetowych. Na aukcjach w sieci rekonstruktorzy zaopatrują się także w bagnety, lornetki czy stalowe puszki amunicyjne, które przetrwały do naszych czasów. Ceny są różne. Na Allegro ceny łopatko-saperek zaczynają się od 30 zł. Ale pojawił się tam ostatnio także oryginalny hełm polski z 1939 r. za prawie 3 tys. zł. Tuż obok niego ktoś wystawił nakrycie głowy husarza za prawie 13 tys. zł. – Im wcześniejszy okres historyczny, tym dotarcie do ikonografii i źródeł z epoki pozwalających na rzetelne odtworzenie stroju i oporządzenia staje się większym wyzwaniem – mówi Andrzej Mikiciak z Towarzystwa Jazdy Dawnej, grupy nawiązującej do tradycji polskiej jazdy pancernej z połowy XVII wieku. Za uzbrojenie i ubiór piechura z tego okresu trzeba zapłacić 5 – 10 tys. zł. Kawalerzysta musi dodatkowo wyposażyć konia, co kosztuje 2 – 8 tys. zł. Najbardziej zagorzali miłośnicy epoki mają jeszcze namiot z meblami i naczyniami. Wydają na niego 1 – 5 tys. zł. Podstawowe wyposażenie rycerza spod Grunwaldu jest jeszcze droższe. Zbroja ochronna niewyróżniająca się wysoką jakością stali ani bogatymi detalami kosztuje według różnych szacunków 5 – 8 tys. zł. Wyposażenie lepszej jakości, które wykonywane jest w całości tradycyjnymi metodami, kosztuje zazwyczaj dwa razy więcej. Bywają hełmy, za które trzeba zapłacić co najmniej 5 tys. zł. [srodtytul]Wymagania idą w górę[/srodtytul] Wysokie koszty zakupu sprzętu, wynikające m.in. z trudności w zdobyciu właściwego surowca, powodują, że jego skompletowanie trwa zazwyczaj kilka lat – wyjaśnia Andrzej Mikiciak. On swojej pasji historycznej nie ogranicza do udziału w rekonstrukcjach. Prowadzi także warsztat rzemieślniczy, w którym wykonuje m.in. repliki broni białej. Łączenie udziału w rekonstrukcji z rzemiosłem nie jest w Polsce wyjątkiem. – Nie ma firm, które produkują mundury lub wyposażenie dla okresu napoleońskiego. Wyjątek stanowią karabiny czarno-prochowe – wyjaśnia Arkadiusz Czartoryski, dowódcą Dywizji Xięstwa Warszawskiego, a na co dzień poseł z ramienia PiS. Rekonstrukcją zajmuje się od 12 lat. Zaczynał od stopnia szeregowca. – Mamy w każdym oddziale krawcowe i markietanki, które potrafią fantastycznie szyć mundury. Są koledzy, którzy kują szable i tasaki. Sami robimy wyroby ze skóry, plecaki, ładownice i pasy. Wykonujemy także namioty i sprzęt obozowy. Wszystkie te przedmioty są wiernymi kopiami historycznych pierwowzorów – mówi Czartoryski. Mundur i wyposażenie szeregowca z jego grupy kosztuje ok. 5 tys. zł. Szlaki w branży rzemieślniczej przeciera także Mateusz Modzelewski. Niemal rok temu zdecydował, że nie chce ograniczać się jedynie do członkostwa w drużynie wojów ze wczesnego średniowiecza, ale zajmie się również kowalstwem i płatnerstwem. Jego specjalnością są hełmy. Najprostsze kosztują u niego 200 – 300 zł. – W środowisku działa poczta pantoflowa. Jeżeli ktoś jest zadowolony, to rekomenduje firmę kolegom – wyjaśnia Modzelewski. Rzemieślnicy, którzy odnaleźli miejsce na rynku, nie narzekają na brak zamówień. Na produkty u najlepszych czeka się zazwyczaj wiele miesięcy. – Rośnie nie tylko liczba osób angażujących się w Polsce w rekonstrukcje, ale także wymagania co do wiarygodności wyposażenia. Jeszcze pięć, sześć lat temu liczyła się głównie cena i wystarczyło, że zbroja przypominała tę z epoki. Teraz coraz częściej ważne stają się każdy detal i jakość – mówi Jacek Matera ze Zblewa na Pomorzu. Ukończył Wydział Mechaniczny Politechniki Gdańskiej ze specjalizacją w spawalnictwie. Wybrał jednak pracę w kuźni, gdzie od ośmiu lat wykonuje głównie zbroje ochronne. Pierwsze egzemplarze zrobił dla kolegów ze studiów, którzy brali udział w rekonstrukcjach. O podnoszeniu poprzeczki mówią także uczestnicy imprez z okresu drugiej wojny światowej. – Kilka lat temu było bardzo mało sprzętu. Nie było także tak rozwiniętego rynku przedmiotów potrzebnych do inscenizacji. Obecnie ruch jest znacznie bardziej profesjonalny – wyjaśnia jeden z rekonstruktorów, którzy realizują swoją pasję od 2005 r. Dzięki naszym miłośnikom historii zarabiają także zachodnie firmy i sklepy, działające na rynku rekonstrukcyjnym znacznie dłużej niż polskie. – W tym roku widzimy znaczący wzrost zamówień z Polski. Kraj ten staje się dla nas stopniowo jednym z ważnych rynków – mówi Marije z belgijskiego sklepu internetowego McFarthingbowl’s. Najchętniej Polacy kupują tam akcesoria do mundurów i wyposażenia z okresu napoleońskiego. I tak np. za parę srebrnych epoletów, czyli naramienników, trzeba zapłacić Belgom 125 euro (ponad 500 zł). W McFarthingbowl’s zaopatrują się także rekonstrukorzy z grup odtwarzających wojsko niemieckie z drugiej wojny światowej. Na naszym rynku mocną pozycję mają także Chińczycy, którzy wystawiają swoje produkty na eBayu. Wiesław Barski, w którego rodzinie tradycje szewskie sięgają lat 30. XX wieku, obawia się, że za kilka lat chińskie buty wyprą krajowe produkty: – Na razie ostatni uczeń zgłosił się do mnie pięć lat temu. Jeżeli będzie tak dalej, to zawód szewca w Polsce wyginie – mówi rzemieślnik. [ramka] [b]Przykładowe ceny elementów wyposażenia rekonstruktorów bitew[/b] ? 500 złkosztują srebrne naramienniki żołnierza z okresu napoleońskiego ? 700 złtrzeba zapłacić za replikę rogatywki żołnierza polskiego sprzed 1939 r. ? 1,2 – 1,5 tys. złkosztują robione na zamówienie oficerki ? 4 tys. złtrzeba zapłacić za armatę z XVII w.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL