Publicystyka

Polskie wojny propagandowe MON

Artur Bilski
Rzeczpospolita
Skoro nie udało się „irackiego sukcesu” zdyskontować politycznie i nie udało się „podbić pól naftowych”, a Bumar nie jest w stanie sprzedać uzbrojenia irackiej armii, to może są inne sukcesy? Niestety nie ma żadnych – pisze analityk ds. bezpieczeństwa
Politycy pchają nas w kolejną wojnę, do Afganistanu, chociaż nie rozliczyli się jeszcze z zaangażowania Polski w awanturę iracką, która okazała się całkowitą porażką. Jedynie słowacki premier Robert Fico podczas ostatniego szczytu NATO w Bratysławie zdobył się na odwagę i stwierdził publicznie, że jedynym motywem użycia siły militarnej był dostęp Amerykanów do ropy naftowej.
W liście wystosowanym do Baracka Obamy w lipcu tego roku byli liderzy państw środkowej Europy, m.in. Lech Wałęsa, Aleksandr Kwaśniewski i Vaclav Havel napisali, że Ameryka nie może zapomnieć o Europie Środkowej, musi prowadzić zdecydowaną i opartą na wartościach politykę wobec Rosji, a sprawa tarczy antyrakietowej to test wiarygodności Waszyngtonu. Autorzy listu stwierdzili też, że „nadchodzi nowa generacja przywódców”, którzy czują się mniej związani z USA, a przy tym mają „bardziej prowincjonalne spojrzenie na świat”. Test na wiarygodność Ameryki został oblany. Ci „prowincjusze”, opisywani jako zagrożenie, pojawiają się w Europie Środkowej. Pierwszym z nich jest słowacki premier Rober Fico, który odważnie i otwarcie krytykuje USA za polityczne wykorzystanie Europy Środkowej w wojnie o ropę.
[srodtytul]Pięcioletnie poświęcenie[/srodtytul] Wszyscy pamiętają propagandowe obietnice składane przez Aleksandra Kwaśniewskiego i Włodzimierza Cimoszewicza, którzy agitowali za tą wojną. Dostęp do pól naftowych miał uniezależnić nas od rosyjskiej ropy, obiecano nam zniesienie wiz do USA, lepszy sprzęt i uzbrojenie dla naszej armii pozyskane od Stanów Zjednoczonych, odzyskanie długów, które Irak zaciągnął w Polsce, nie wspominając już o olbrzymim rynku zbytu na polskie uzbrojenie. Czy cokolwiek z tego się spełniło? Polscy żołnierze odwalili w Iraku kawał porządnej roboty, której politycy nie potrafili w żaden sposób przekuć w sukces polityczny czy gospodarczy. Dlatego dzisiaj śmietankę spijają inni. [wyimek]Minister mianuje na pierwsze stopnie generalskie ludzi, którzy nie mają żadnego doświadczenia bojowego ani z Iraku, ani z Afganistanu. Nigdy nie dowodzili niczym oprócz gabinetów i biur [/wyimek] W Polsce zaś wciąż gloryfikuje się iracką awanturę. Minister obrony narodowej Bogdan Klich mówi nawet, że wojnę w Iraku poparłby jeszcze raz mimo wiedzy, którą ma dzisiaj. Skąd się bierze ten zaskakujący brak refleksji? Dlaczego ci sami ludzie pchają nas do Afganistanu, znowu obiecując gruszki na wierzbie? 4 października 2008 r. symboliczna ceremonia w bazie Echo w Diwanii zamknęła pięcioletnią obecność naszych żołnierzy w Iraku. Przez Irak przewinęło się w tym czasie ok. 15 tys. żołnierzy. Zginęło blisko 30 Polaków, a 116 zostało rannych. Oficjalnie podawane koszty utrzymania Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku finansowane z budżetu państwa wyniosły blisko miliard złotych. Polacy stacjonowali w Iraku od połowy 2003 roku, a od września tego samego roku objęli dowodzenie nad strefą centralno-południową. Początkowo nasz kontyngent liczył około 2500 żołnierzy, pod koniec około 900. W czasie dziesięciu zmian polskich kontyngentów przeprowadzono 88 tys. patroli i konwojów, skontrolowano 3 mln pojazdów i zniszczono ponad 3,6 mln niewybuchów i pozostałości po wojnie. Bilans misji to również ponad 3 tys. projektów zrealizowanych na rzecz odbudowy Iraku na sumę ok. 172 mln dolarów oraz wyszkolenie ok. 31 tys. Irakijczyków z lokalnych sił bezpieczeństwa. W 2005 roku prezydent Lech Kaczyński, na wniosek rządu, przedłużył misję polskich żołnierzy w Iraku do końca 2006 roku. Od 2006 roku liczebność międzynarodowej dywizji stopniowo malała. Zmniejszała się także strefa, za którą odpowiadała. W grudniu 2007 roku premier Donald Tusk podjął decyzję o wycofaniu wojsk z końcem października 2008 roku. Została ona wcześniej skonsultowana z naszymi sojusznikami i z władzami w Bagdadzie. W połowie lipca tego roku Dywizja Centrum-Południe przekazała odpowiedzialność za bezpieczeństwo w swojej strefie wojskom irackim. Co udało się zyskać polskim politykom dla kraju za tak olbrzymie poświęcenie polskiej armii? Minister Klich przyznaje szczerze: „Polska nie odniosła korzyści gospodarczych ze swojego wielkiego wysiłku. Politycznie i wojskowo osiągnęliśmy wielki sukces. Jednak kwestia gospodarki to sprawa rządu Leszka Millera, który negocjował szczegóły udziału Polaków w Iraku. Nie siadł wtedy po męsku do rozmowy z Amerykanami i nie zapewnił Polsce profitów gospodarczych. Każdy następny rząd, premier i minister obrony narodowej miał już o wiele węższe pole działania w tej kwestii” – tak minister przedstawił bilans zysków i strat. [srodtytul]Osioł trojański[/srodtytul] Bogdan Klich sam nie zrobił jednak nic, żeby wygenerować jakiekolwiek polityczne, wojskowe czy gospodarcze korzyści dla kraju. Dwa lata to bardzo wiele, by się wykazać zdolnościami negocjacyjnymi. Dzisiaj na przykład Bumar ma pretensje do MON, że strona iracka nie zrealizowała zobowiązań handlowych. Strona iracka ma takie same zarzuty – twierdzi minister. – To jest błędne koło. Będę chciał się spotkać z ministrem obrony Iraku i płynnie wyjaśnić z nim tę kwestię – obiecał Klich. – Warunkiem skuteczności tego przedsięwzięcia jest to, aby milczeć – dodał i słowa dotrzymał, ponieważ do tej pory nic nie wiadomo o korzyściach gospodarczych, które wyniknęłyby z zaangażowania polskiej armii w Iraku. A sytuacja polskiego przemysłu zbrojeniowego jest dramatyczna. Co do korzyści politycznych fakty są równie bezwzględne. W Unii Europejskiej, po zaangażowaniu w iracką awanturę, jesteśmy amerykańskim osłem trojańskim, a w Waszyngtonie Warszawa idzie już w zapomnienie, czego symbolem jest rezygnacja z tarczy antyrakietowej w Polsce. Minister Klich po cichu chce więc przeforsować zwiększenie naszego kontyngentu w Afganistanie i czyni to już nie w imię umacniania „polsko-amerykańskiego sojuszu”, którego realnie nie ma, a dlatego, że jak ogłosił 11 listopada „jest wdzięczny mudżahedinom za wolności i demokrację w Polsce”. [srodtytul]Czcza gadanina[/srodtytul] Niedawno ukazała się informacja, że Ukraina zawarła największy w swej historii kontrakt na dostawę broni. Opiewa on na 2,4 mld dolarów i dotyczy m.in. czołgów, które mają trafić do Iraku. „Analitycy są przekonani, że hojność USA wobec Ukrainy nie jest przypadkowa” – pisze ukraińska gazeta „Dieło”. Gazeta wyjaśnia, że przedstawiciele ukraińskich władz podpisali w Waszyngtonie memorandum, zgodnie z którym Stany Zjednoczone wezmą udział w utylizacji kompleksów Scud, zdolnych do przenoszenia ładunków jądrowych. Ukraina podkreśla, że podpisanie kontraktu z Irakiem było możliwe dzięki Stanom Zjednoczonym. Na program przezbrojenia sił irackich Waszyngton przeznaczył ogółem 3 mld dolarów, z czego 85 proc. przypadło Ukrainie. Jakby tego było mało, brytyjski koncern BP i chiński CNPC pomogą Irakowi odzyskać pozycję lidera na światowym rynku ropy. Irak podpisał bowiem kontrakt na przejęcie kontroli nad największymi złożami ropy Rumaila przez zagraniczne koncerny. Rumaila to piąte co do wielkości złoże ropy naftowej na świecie. Roczne wydobycie ropy z tego pola naftowego sięga 50 mln baryłek. To aż dwie piąte całkowitego wydobycia ropy w Iraku. Umowa podpisana z BP i CNPC jest największym kontraktem od czasów interwencji wojsk amerykańskich w tym regionie. Zadziwiające jest to, że Chińczycy w ogóle wojskowo nie zaistnieli w Iraku, nie wysłali ani jednego żołnierza, a mimo to dostają od Amerykanów najsmakowitsze kąski. Nas zaś wiceprezydent Joe Biden klepie po plecach, twierdząc, że jesteśmy mistrzami demokracji i wzorem do naśladowania. Czy to ma wystarczyć upadającym polskim fabrykom zbrojeniowym? Czy Pekin to strategiczny partner Waszyngtonu obecny również w Afganistanie? Po trzykroć nie. Jakim cudem Chińczycy zdobywają kontrakty na wydobycie ropy w Iraku, a Polacy nie, choć – jak mówił podczas podsumowania naszej misji w Iraku minister Klich – Irakijczycy mają poczucie, że Polacy są ich przyjaciółmi. Po co ta czcza gadanina? [srodtytul]Fabryka naukowców[/srodtytul] Pójdźmy jednak dalej. Skoro nie udało się „irackiego sukcesu” zdyskontować politycznie i nie udało się „podbić pól naftowych”, a Bumar nie jest w stanie sprzedać uzbrojenia budującej się irackiej armii, to może są inne sukcesy? Według szefa MON zaangażowanie polskiego wojska w misję w Iraku „wymusiło” m.in. reorganizację kadr, struktur, systemu szkolenia i sprzętu. Wystarczy jednak spojrzeć na strukturę dowódczą Sztabu Generalnego, by zadać kłam temu twierdzeniu. Według oficjalnie opublikowanych życiorysów na stronie internetowej SG tylko jeden szef zarządu brał udziału w operacji bojowej w Iraku. Reszta nie wąchała prochu ani w Iraku, ani w Afganistanie, ani nawet w pierwszej operacji NATO w Bośni i Hercegowinie. Pomijam tutaj celowo misje ONZ, których charakter jest odmienny, a w których WP uczestniczy od lat 50. XX wieku. Gdzie są więc te intensywne „zmiany kadrowe” wymuszone przez operację w Iraku, jeśli ich nie widać w najważniejszej strukturze dowódczej i planistycznej polskiej armii? W innych armiach krajów NATO taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia – żeby wojskiem i jego transformacją kierowali ludzie, którzy nie mają realnego doświadczenia w operacjach bojowych poza granicami kraju. Może zmiany zaszły w szkolnictwie wojskowym, które teraz będzie czerpać z doświadczenia uczestników misji irackiej i afgańskiej i te zmiany będą promieniować na całą armię? Nic z tego. Na rektora Akademii Obrony Narodowej (która powinna być intelektualnym zapleczem armii) minister wyznaczył generała, który z żadnymi operacjami wojskowymi poza granicami kraju nie miał nigdy do czynienia, pozbywając się jednocześnie z tego stanowiska generała brygady Janusza Kręcikija, który zdobywał doświadczenie sztabowe w wielonarodowej dywizji w Iraku. Dlatego AON zamiast być intelektualnym zapleczem armii, jest „fabryką naukowców”, gdzie pułkownik przepisuje pracę habilitacyjną od kolegi. Trudno zaś na rynku księgarskim doszukać się prac naukowców z AON podsumowujących nasze doświadczenia zdobyte w Iraku czy Afganistanie. [srodtytul]Dowódcy gabinetowi[/srodtytul] Ryba psuje się od głowy. Mówienie o transformacji kadrowej armii poprzez doświadczenia zdobyte w Iraku ma się nijak do rzeczywistości, nawet w bezpośrednim otoczeniu ministra. Minister mianuje na pierwsze stopnie generalskie ludzi (jak choćby szefa sekretariatu MON), którzy nie mają żadnego bojowego doświadczenia ani tego zdobytego w Iraku, ani w Afganistanie. Nigdy nie dowodzili niczym oprócz gabinetów i biur, bo są z „zawodu dyrektorami”, a nie dowódcami z krwi i kości. Bo tych minister w ogóle nie słucha, odgradzając się od nich wojskowym betonem. Mówił o tym wielokrotnie generał w stanie spoczynku Waldemar Skrzypczak, którego sugestie dotyczące słabego wyposażenia żołnierzy w Afganistanie nie znajdowały posłuchu. Jak zatem armia ma zapewnić Polsce bezpieczeństwo, skoro najlepsi dowódcy są eliminowani? Ale może nie ma się czemu dziwić, gdyż minister bardziej potrzebuje dziś „generałów od public relations” niż rzeczywistych „dowódców frontowych”. Toczy bowiem wojnę propagandową przeciwko polskiej opinii publicznej, a w tej politycznej kampanii rzeczywiste dobro armii jest na odległym planie. Minister sprzedaje społeczeństwu mocarstwowe iluzje armii, która „nie da guzika od płaszcza Rzeczypospolitej oderwać” w zamian za trwanie na stanowisku. [i]Autor, komandor porucznik rezerwy, jest absolwentem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni, a także Wydziału Bezpieczeństwa Międzynarodowego Naval Postgraduate School w Monterey w Kalifornii, USA. Był oficerem Naczelnego Dowództwa Sojuszniczych Sił NATO w Europie. Autor książki „Widok na Sarajewo” o misji NATO na Bałkanach. Obecnie niezależny analityk ds. bezpieczeństwa[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL