Publicystyka

Kronika czasów zarazy

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Jerzy Dobrowolski, „Wspomnienia moich pamiętników” ? nie sądziłem, że jakakolwiek książka jest mnie jeszcze w stanie poruszyć. A od kilku dni chodzę kołowaty, jakby mnie kto solidnie walnął między oczy. Skończyłem i zacząłem od nowa.
[b]Subotnik Ziemkiewicza[/b] - skomentuj [link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/12/12/kronika-czasow-zarazy/]na blogu[/link]
Książka, której, towarzysze, właściwie mogło by nie być. Ot, jakieś zapisane przez Dobrowolskiego bruliony, pourywane notatki, nie opracowane do wydania, bez sensownego początku i końca. Akurat się Roman Dziewoński uparł, żeby je zebrać do kupy i wydrukować. Gdyby nie strzeliło mu to do głowy, mogłyby zapiski Dobrowolskiego pozostać w rodzinnym archiwum, może wręcz w jakim pudle na pawlaczu. Dobrowolski ? kto spoza wąskiego środowiska teatralno-kabaretowego jeszcze dziś faceta pamięta? „Z zawodu dyrektor” z „Poszukiwany-poszukiwana” Barei, cwaniaczek z „Nie ma róży bez ognia” tegoż reżysera, „dzień dobry, jestem z Kobry”, „niestety, niestety, niestety”, „nic właśnie” ? strzępki. Kabareciarz. Dzisiaj to słowo, jak wiele innych, zostało upodlone. „Kabareciarzem” nazywa mnie niedouczona miernota, wylansowana przez medialną klakę na dziennikarski autorytet, w przekonaniu, że mnie tym epitetem miażdży i unieważnia. „Kabaretem” nazywają ludzie sejmowe komisje śledcze, chcąc im w ten sposób okazać lekceważenie i pogardę. W kraju Stańczyka na śmierć zapomniano, czym tu był kabaret ? kabaret Pietrzaka, Młynarskiego, Dziewońskiego, Wasowskiego i Przybory, Laskowika, no i Dobrowolskiego właśnie. W końcu, nie jedyna i nie najważniejsza z rzeczy zapomnianych. „Myśmy wszystko zapomnieli”.
„Gdybym pociągał sznury wielkich dzwonów/to biłbym, biłbym/na trwogę/ale dzwoneczkiem na błazeńskiej czapce/kogóż ja przestrzec mogę”. Więc w prywatnych, domowych zapiskach Dobrowolski zrzuca tę błazeńską czapkę Stańczyka. Zwierza się. Właśnie od tych zwierzeń chodzę od kilku dni skołowany, porażony ich prostotą i oczywistością. „Myśmy wszystko zapomnieli”. Nie przypominam sobie równie poruszających zapisków z peerelu. Nawet „Dzienniki” Kisiela wydają się przy tym zapisie blade, błahe, bezsilne. Kisiel grzęźnie w szczegółach, kłócąc się z reżimową propagandą brnie w mało dziś zrozumiałe szczegóły. Dobrowolski, ironiczny, cięty w słowach, skrótowy, kondensuje z tego samego materiału istność ustroju, samą esencję tego ? pierwsze i nieostatnie brzydkie słowo w tym tekście, ale proszę redakcję o nie poprawianie, inaczej się napisać nie da – tego kurewstwa. Oto zapiski człowieka prawego, w prawdziwym sensie tego słowa inteligenta, zanurzonego w kurewskim, do cna załganym, do cna zdeprawowanym świecie. „Wszyscy zginęli ? reszta wyjechała…” Pozostało codzienne zbydlęcenie, powszechna deprawacja, i przede wszystkim kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo… Kłamstwo, przed którym człowiek prawy broni się rozpaczliwie jedyną dostępną mu bronią ? szyderstwem, drwiną, ironią. Żartem, grającym na erudycyjnych skojarzeniach. Pigoniowskie strzelanie do wroga brylantami – tu chamskie ryje partyjnych sekretarzy, tępe gęby propagandystów, słowa jak cepy, „składnia pozbawiona uroków koniunktiwu, dialektyka oprawców, żadnej dystynkcji w rozumowaniu” – a ze strony przeciwnej tylko tych „parę prostych prawd”, broniących przed wszechzbydlęceniem i panświnizmem. Proces księdza Jerzego (tak, księdza, nie jego morderców): „Ekstremalna działalność księdza zrodziła odrażającą zbrodnię”, powiedział peerelowski prokurator, a Dobrowolski zanotował; ja, przyznaję ze wstydem, zapomniałem. Proces sanitariuszy wrabianych w zabicie Grzegorza Przemyka. „Polsce potrzebny jest wewnętrzny spokój dla zgodnego współdziałania wszystkich patriotów w rozwiązywaniu problemów społecznych i gospodarczych” (przemówienie I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka). „Szerokie otwarcie partii na aktywne współdziałanie ze wszystkimi patriotycznymi, uznającymi realia socjalizmu siłami (przemówienie I sekretarza KC PZPR Wojciecha Jaruzelskiego). „I po co tak pierdolić, panie generale?” ? Jerzy Dobrowolski. I dalej Dobrowolski: „Boże, jak serdecznie mam tego dosyć… nie mogę wziąć do ręki gazety, wysłuchać dziennika, obejrzeć kroniki. Jeszcze straszliwie przeżyłem wprowadzenie stanu wojennego, jeszcze, już leżąc, rozpaczliwie próbowałem rękami chwytać coś w powietrzu, ale chwytałem tylko smród i gówno. Teraz nie chce mi się nawet rzygać. Nie ma nawet we mnie nienawiści, nawet nie śmieszą mnie te przemówienia, odezwy, apele. Te sztandary, wiece i krawaty. Ogarnia mnie tylko bezmierne zdumienie, że są ludzie, nawet nie ludzie pewnie ? osobniki, którzy w czymś takim zdolni są uczestniczyć”. Rok 1979, 1984, 1985, 1986. Litościwa śmierć zamknęła Jerzemu Dobrowolskiemu oczy, zanim mógł zobaczyć, jak całe to dławiące go kurestwo zdołało się przepoczwarzyć w wolną Polskę, rozchamić i rozbezczelnić w „dyskursie publicznym”, usadzić na cokole. „Czy to była kula, synku ? czy to serce pękło?” Kurwa, nie mogę. Przepraszam. Kończę i zaczynam od nowa. To trzeba przeczytać i przeżyć ? jeszcze raz.

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL