Kultura

Perfumy wyciągnięte z ognia

AP
Z Jane Birkin rozmawia Barbara Hollender
[b]Rz: Podczas ostatniego festiwalu w Wenecji promowała pani film Jacques’a Rivette’a „36 vues du Pic Saint-Loup”. To już trzeci wasz wspólny film.[/b]
[b]Jane Birkin:[/b] Rivette to niebywały artysta. Jeśli aktor raz się z nim spotka, zawsze będzie za nim tęsknił. Dla mnie jest szczególnie ważny, bo współpraca z nim w jakiś sposób wyznacza ważne momenty w moim życiu. Pierwszy film nakręciliśmy ponad ćwierć wieku temu. Moja córka Lou ze związku z Jacques’em Doillonem kończyła rok. Była moim trzecim dzieckiem. Z małżeństwa z Johnem Barrym, które trwało bardzo krótko, urodziła się Kate, ze związku z Serge’em Gainsbourgiem – Charlotte. Dziesięcioletnia wówczas Charlotte przychodziła z Lou na plan „Miłości na ziemi”. Stawały za kamerą i pewnie nasiąkały tą atmosferą, bo obie zostały aktorkami. Drugi film „Piękna złośnica” kręciliśmy z Rivettem w 1990 roku. Moi rodzice jeszcze żyli i Serge też. Oczywiście nie byliśmy już wtedy razem, ale przyjaźniliśmy się. Potem wszystko się zawaliło.
W 1991 roku Rivette zdobył nagrodę w Cannes, a ja już tam nie pojechałam, przeżywałam straszne dni... Długo nie spotkaliśmy się w pracy. Kiedy w ubiegłym roku do mnie zadzwonił, nie zastanawiałam się, czy proponuje mi główną rolę czy nie, nie zapytałam nawet, o czym jest film. Zaczęłam krzyczeć w słuchawkę telefonu: „Tak, tak, tak”. Chciałam tylko jednego – wrócić do jego świata. [b]Co jest w nim tak fascynującego?[/b] Wszystko: atmosfera, on sam, zaufanie, które ludzie do siebie mają. Przy „Miłości na ziemi” przeżyłam ogromny stres: nie rozumiałam, dlaczego pracujemy niemal bez scenariusza, a opis sceny dostaję godzinę przed klapsem. Geraldine Chaplin też czuła z tego powodu dyskomfort. Nie miałyśmy pojęcia, co się stanie z naszymi bohaterkami i uważałyśmy, że trudno bez tej wiedzy budować role. Ale potem zrozumiałam, jak niezwykła jest praca z Rivette’em. Pomyślałam: „Może nie wiem, o czym jest film, ale on wie doskonale. Kino jest dla niego całym życiem, ma je we krwi”. [b]Czy tak nie można powiedzieć o wielu wspaniałych reżyserach?[/b] Może... Ale Jacques Rivette naprawdę kocha kino. Wieczorami, po zdjęciach, kiedy my odpoczywaliśmy w hotelu, on chodził do kina. Gdy nie pracuje, źle się czuje, jeśli nie obejrzy kilku filmów dziennie. Zna produkcje amerykańskie, europejskie i azjatyckie, artystyczne i komercyjne, fabularne i dokumentalne. Interesuje go wszystko, co pojawia się na ekranach, a w Paryżu repertuar jest piekielnie bogaty. Każdy dzień Rivette’a wygląda tak samo. Rano czyta „Le Monde” i „La Liberation”, je cokolwiek i idzie do kina. Kolejno na trzy filmy. Potem jego dziewczyna wmusza w niego obiad, bo inaczej umarłby z głodu. A podejrzewam, że dzisiaj, w epoce DVD, kupuje jeszcze mnóstwo płyt. Ma swoich ulubionych twórców, ostatnio na przykład zachwycił się obrazami Sulejmana. [b]Między „Piękną złośnicą” i „36 vues du Pic Saint-Loup” upłynęło 18 lat...[/b] Z tym większą radością wróciłam do niego na plan. Chciałam znów znaleźć się blisko człowieka, który mnie zawsze fascynował. Zwłaszcza że sama nigdy nie potrafiłam skupić się wyłącznie na sztuce. Życie było dla mnie ważniejsze. [b]No właśnie. Zawsze pani żyła szalenie intensywnie. Ciekawa jestem, co dzisiaj uważa pani za swój największy sukces?[/b] Powinnam powiedzieć: „Moje dzieci”. Niedawno wyreżyserowałam dla nich „Boxes” – film opowiadający o tym, jak trudno być dobrą matką. O poczuciu winy, o strachu, że powiedziało się zbyt wiele gorzkich słów, że nie stanęło się w drzwiach, kiedy dzieci je zamykały. Miałam ze swoimi córkami różne relacje, Charlotte zawsze była OK, za to Kate i Lou jako nastolatki były bardzo rozhisteryzowane. Ale chyba udało nam się przejść przez te burze. Dzisiaj Kate jest wspaniałym fotografem. Lou jako dziewiętnastolatka urodziła syna. To nawet wcześniej niż ja. Miała świetne recenzje w „The New York Times”, gdy na Broadwayu grała w sztuce Samuela Becketta. Charlotte jest fantastyczną aktorką. [b]Musiała pani być bardzo dumna, gdy podczas ostatniego festiwalu w Cannes Charlotte odbierała nagrodę za kreację w „Antychryście” von Triera.[/b] Dumna to mało powiedziane. Przede wszystkim jestem szczęśliwa, że wreszcie została doceniona. Zawsze wiedziałam, że jest znakomita. Myślę, że powinna była dostać Oscara już za „Jane Eyre” Zeffirellego. Zagrała kobietę szukającą szczęścia tak, że widzom łzy kręciły się w oczach. Była świetna w „Jak we śnie” Gondry’ego, we włoskich „Złotych Wrotach” Crialese. Ale czuła się niedowartościowana. Skończyła 38 lat, a nigdy nie wystąpiła w znaczącej roli u Godarda czy Chabrola, właściwie u żadnego z wielkich Francuzów. Ma jednak w sobie dużo determinacji. Zaryzykowała, grając bardzo odważną rolę u Triera, i wreszcie wygrała. [b]Wracając do pani pytania o sukces... Bardzo ważna była dla mnie działalność na rzecz praw człowieka. W jednym z wywiadów powiedziała pani, że podróż do Sarajewa pomogła pani pokonać osobistą tragedię.[/b] W 1991 roku nie pojechałam z Rivette’em do Cannes, bo nie mogłam stanąć na nogi po stracie Serge’a, a później – ojca. W ciągu trzech dni odeszli dwaj najważniejsi mężczyźni, filary, na których opierało się całe moje poczucie bezpieczeństwa. Ojciec umarł nagle, gdy przyszedł do mnie do domu, żeby pomóc mi zorganizować pogrzeb Serge’a. Myślałam, że nigdy się z tego nie podniosę. Ale życie ma swoje prawa. Najpierw uświadomiła mi to moja matka. Bardzo mądra kobieta. Powiedziała: „Kiedy się śmiejesz, świat śmieje się razem z tobą, kiedy płaczesz, płaczesz sama”. Zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście jestem coraz bardziej samotna, jakby ludzie odsuwali się od mojego nieszczęścia. Po długim letargu zaczęłam wychodzić z kokonu. Zagrałam w „Trojankach” Eurypidesa. Kiedyś, podczas przedstawienia usłyszałam krzyk dziewczyny. Jej rodzice mieszkali w Sarajewie. Pod wpływem impulsu pojechałam z tą sztuką do Jugosławii, była połowa lat 90., pomyślałam, że tam też są kobiety w oblężonym mieście. Ta podróż do końca wyleczyła mnie z depresji. Zobaczyłam potworne tragedie, niepokój ludzi, którzy wychodząc z domu, żegnali się z najbliższymi, nie wiedząc, czy jeszcze ich zobaczą, rozpacz matek, które straciły dzieci. A jednocześnie zaobserwowałam tam, w Sarajewie, ogromną wolę życia. Tęsknotę za szczęściem i normalnością. Pamiętam, że kiedyś zapytałam moją mamę, co zabrała z mieszkania, gdy w czasie II wojny światowej zaczął płonąć jej londyński dom. Odpowiedziała: „Ulubione perfumy”. No i jak jechałam do Sarajewa, żeby spotkać się ze studentkami tamtejszego uniwersytetu, kupiłam nie tylko jedzenie i książki, ale również sukienki, torebki, piękną jedwabną bieliznę. Dziewczyny z Sarajewa były bardzo zadowolone z jedzenia, zachwyciły się książkami, ale kiedy zobaczyły te niebieskie i różowe jedwabie, w ich oczach pojawiło się szczęście. Zrozumiałam, że moja matka miała rację. [b]Współpracuje pani z Amnesty International, z organizacjami działającymi na rzecz emigrantów czy chorych na AIDS.[/b] Zrobiłabym wiele, żeby zmienić los choćby jednego czeczeńskiego dziecka. Niestety, często mam poczucie kompletnej bezradności. Nie mogłam niczego zrobić dla Anny Politkowskiej. W Afganistanie spotkałam Ahmada Szaha Massuda i nie miałam pojęcia, jak mu pomóc. Czułam, że zginie. I rzeczywiście został zabity, dwa dni przed 11 września. W „Le Monde” napisali, że nie powinnam mieszać się do polityki, bo jestem zbyt naiwna. Nie zamierzam się tym przejmować. Robię, co mogę. Jeżdżę w różne miejsca, wpłacam pewne sumy na organizacje broniące praw człowieka. To dla mnie najważniejsze sprawy. Poza miłością. [b]Mówiła pani o uczuciu do córek. A mężczyźni? Dla Serge’a Gainsbourga była pani przecież prawdziwą muzą...[/b] Poznaliśmy się na zdjęciach próbnych do filmu „Slogan”. Niemal nie mówiłam po francusku, Serge wyżywał się na mnie, doprowadził mnie do płaczu. Ale potem wszystko się odwróciło. Zrozumiałam, że arogancją pokrywa nieśmiałość. Zauroczył mnie. Miałam wtedy męża, małe dziecko, ale Serge stał się moją wielką miłością. On i Paryż. [b]Zbulwersowaliście świat nagraniem „Je t’aime... moi non plus”.[/b] Gdy we Włoszech, a potem w kilku innych państwach, rozpowszechnianie tego utworu zostało zakazane, sprzedaż płyt natychmiast skoczyła, a Serge śmiał się, że papież jest najlepszym PR-owcem pod słońcem. Życie z Gainsbourgiem było ciekawe i radosne. Kiedy nie pracowaliśmy, bawiliśmy się codziennie do rana, potem wyprawialiśmy do szkoły Charlotte i kładliśmy się spać. Po południu wstawaliśmy, spędzaliśmy trochę czasu z córką, a gdy kładła się do łóżka, znów ruszaliśmy w miasto. [b]Francja długo nie mogła pani wybaczyć porzucenia Gainsbourga.[/b] Takie rzeczy są zwykle dość banalne. Byłam coraz bardziej zmęczona jego alkoholowymi wyczynami, a spotkałam mężczyznę, który mi się piekielnie spodobał. Jacques’a Doillona. Zagrałam w jego „La fille prodique”, rok później urodziła się Lou. Serge długo nie mógł się pogodzić z tym, że odeszłam, ale zachowaliśmy przyjaźń. Zadedykował mi swój ostatni album. Tak naprawdę był najważniejszym mężczyzną mojego życia. [b]Nakręciła pani autobiograficzny film „Boxes”, jednak nigdy nie wydała pani wspomnień. Może szkoda?[/b] Za napisanie pamiętników oferowano mi góry złota, ale moje życie nie jest produktem na handel. Mogę o nim opowiadać dziennikarzom, proszę bardzo, pytajcie. Jednak nie widzę powodu, żebym je sprzedawała wydawnictwu. Co innego film. To było moje artystyczne rozliczenie z losem, a przede wszystkim z córkami. [b]Mówiąc o sukcesach, w ogóle nie wspomniała pani o pracy – o filmach, w których pani grała, o swoich wyprawach do Hollywood, o spotkaniu z Antonionim przy „Powiększeniu” czy z francuskimi mistrzami z Chereau na czele.[/b] Inni o tym mówią i piszą, więc po co? Zresztą sztuka jest piękna, ale dla mnie życie jest ważniejsze. [ramka]Jane Birkin Aktorka, reżyserka, piosenkarka. Urodziła się w Londynie, jej matka była aktorką, ojciec – wojskowym. Jane bardzo wcześnie wyszła za mąż za kompozytora Johna Barry’ego, urodziła mu córkę Kate. Karierę artystyczną zaczęła w latach 60., zagrała m.in. w filmie Antonioniego „Powiększenie”. W 1968 roku wyjechała do Paryża, by zagrać w filmie „Slogan”. Tam spotkała Serge’a Gainsbourga, z którym nagrała słynną skandalizującą piosenkę „Je t’aime... moi non plus”. Spędzili razem kilkanaście lat, ich córką jest aktorka Charlotte Gainsbourg. W 1981 roku Birkin zostawiła Serge’a dla reżysera Jacques’a Doillona. Dziś ma czworo wnucząt, na koncie ponad 80 ról filmowych, trzy nominacje do francuskiego Cezara. Jako piosenkarka nagrała 15 albumów. Słynny francuski dom mody Hermes nazwał jej imieniem torbę, a część dochodów z tego tytułu Birkin przeznacza na wspieranie organizacji walczących o prawa człowieka.[/ramka] [i]Piękna złośnica | tvp kultura | 2.00 | PIĄTEK | 1.20 | SOBOTA Diabli mnie biorą | Zone Europa | 14.50 | ŚRODA Zło czai się wszędzie | Zone Europa | 21.40 | ŚRODA | 15.25 | CZWARTEK[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL