Muzyka

Muzyka po horyzont

Housowe duo Basement Jaxx zagrało na zamknięcie pierwszego dnia festiwalu (fot: Beata Kitowska)
Rzeczpospolita
Festiwal Open’er. Gdynia przeżywa oblężenie – wszędzie tłumy młodych, kolejki i korki
Piątkową noc festiwalu zamknął swym koncertem Moby, wcześniej na dużej scenie rockowo grali The Kooks i Gossip, a w namiocie śpiewała Duffy. Już w czwartek, choć się wydawało, że pierwszy dzień przyciągnie mniej publiczności, wielotysięczny tłum bawił się z Brytyjczykami z Arctic Monkeys i Basement Jaxx.
Jednak Open’er to dużo więcej niż moment ekscytacji, gdy na scenę wychodzą najważniejsi współcześnie muzycy. To długie godziny jazdy w zatłoczonych pociągach do Trójmiasta, szukanie znajomych na szturmowanym ze wszystkich stron dworcu w Gdyni, a potem: przejście przez festiwalową procedurę, która stała się już tradycją. Pierwszy ogonek wije się tuż przed Dworcem Gdynia Główna: trzeba stanąć w kolejce, żeby bilet wymienić na zieloną opaskę – będzie przepustką na teren festiwalu, ale i wizytówką noszoną z dumą wiele miesięcy po imprezie.
Stoi się długo, czasem godzinę, ale jest okazja, by pogadać. Jakiś chłopak z Rzeszowa przyjechał sam i szuka towarzyszy do zabawy; wystrojona na różowo blondynka z Finlandii chce odsprzedać bilet, bo kolega nie doleciał. Bardzo chwali trójmiejskie plaże i niskie ceny. Strumień ludzi z opaskami regularnie płynie do specjalnych autobusów: maszyny, jedna po drugiej, wchłaniają barwny tłum i wywożą za miasto. Wszystko idzie sprawnie, choć doświadczeni wiedzą, że o 20., gdy zaczynają się najważniejsze koncerty, nadchodzi godzina szczytu i trzeba ruszać wcześniej. Bo Open’er to także legendy o monstrualnych korkach, jak ten sprzed roku, gdy wszyscy chcieli zdążyć na koncert Erykah Badu, a rekordziści jechali z Sopotu parę godzin. Już kilka kilometrów przed lotniskiem zaczyna się inne festiwalowe miasto: wzdłuż drogi wędrują grupki ludzi z butelkami w ręku, korzystają, póki się da – na teren lotniska nie można wnosić alkoholu, a w środku dostępne jest tylko piwo sponsora. Przy głównym wejściu wielkie sprawdzanie: butelki lądują w potężnych kontenerach, a ochroniarze obszukują. Stąd jeszcze kilometrowy spacer w głąb lotniska: po prawej – sznury zaparkowanych samochodów, po lewej – największe w historii Open’era pole namiotowe. Jeszcze jedna kontrola i jeszcze jedna ważna kolejka: po kupony, bo gotówką płacić nie można. Tuż za bramkami rozciąga się po horyzont zielona trawa, w oddali majaczą festiwalowe sceny. Jesteśmy na miejscu, można się bawić. Choć to nie oznacza końca kolejek: co roku krążą anegdoty o niesamowitych spotkaniach w okolicach niebieskich kabin klozetowych. Jakaś dziewczyna rzuca się dawno niewidzianemu znajomemu na szyję. Trzaskają plastikowe drzwi i odnalezieni przyjaciele biegną razem pod scenę. Jedną z sześciu, a na każdej sporo się dzieje. Sobota to szczytowy dzień festiwalu, dużą publiczność będzie miał przede wszystkim koncert Faith No More, który będą chcieli zobaczyć także starsi fani. Niedziela należy do młodych: na dużej scenie zaśpiewa zadziorna Lily Allen, a po niej najbardziej oczekiwany zespół tej edycji i rockowy przebój ostatnich lat: Amerykanie z Kings of Leon.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL