fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Mówmy o wynikach netto przyjęcia euro

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Optymalizacja bilansu kosztów i korzyści netto, a także kwestia społecznego podziału korzyści powinny się stać przedmiotem debaty publicznej na temat daty wejścia do strefy euro
Rozdział IV raportu NBP o euro, traktujący o kosztach wprowadzenia wspólnego europejskiego pieniądza, może na pierwszy rzut oka wydać się w swej wymowie dość przewrotny. Lektura tej części opracowania skłania bowiem do wniosku, że konkluzje projektów badawczych analizujących długo- i średniookresowe koszty wprowadzenia euro w Polsce równie dobrze mogłyby trafić do rozdziału o korzyściach.
Każdy badacz przyzna, że w takim paradoksie nie ma jednak nic zaskakującego. Jeśli bowiem analiza prowadzona jest w kategoriach gospodarczych efektów netto, gdzie zestawia się uczciwie sporządzony bilans kosztów i korzyści, to mówiąc o kosztach, musimy je zarazem relatywizować korzyściami, które – bywa – są nieraz od kosztów większe. Do tego dochodzi jeszcze możliwość empirycznego zweryfikowania wielu teoretycznych hipotez stawianych przez najlepszych światowych ekonomistów w okresie najbardziej ożywionej dyskusji na temat funkcjonowania Optymalnego Obszaru Walutowego (OCA), czyli od połowy lat 80. do powstania strefy euro w roku 1999.
[srodtytul]Ważne są doświadczenia[/srodtytul]
Dzięki temu widzimy, jak bardzo, na przykład, mylił się świetny ekonomista Rudi Dornbusch, kiedy w 1987 roku przewidywał, że unia monetarna łącząca biedne Południe z bogatą Północą doprowadzi do podniesienia podatków w krajach ubogich, gdzie inflacja jest wyższa. Taka hipoteza stawiana była pod wpływem danych, pokazujących, jak dużo dla ubogich krajów o relatywnie wysokiej inflacji znaczą dochody czerpane z tytułu seignorage (2 – 3 proc. produktu narodowego netto). Tyle że później dochody z emisji pieniądza zaczęły stopniowo spadać wraz z obniżającą się inflacją.
Albo weźmy inny przykład: czas negatywnie zweryfikował słynną swego czasu, bardzo przewrotną, hipotezę dzisiejszego noblisty Paula Krugmana, przekonująco dowodzącego w skonstruowanym przez siebie zgrabnym modelu, że integracja gospodarcza poprzez wzrost specjalizacji prowadzi do daleko idącego zróżnicowania między krajami, a to przekłada się na większą wrażliwość obszaru walutowego na szoki asymetryczne.
Przypominam te głośne przykłady jedynie po to, by pokazać, jak dużą rolę w analizie kosztów/korzyści ze wspólnego pieniądza odgrywa czas i możliwość empirycznego zweryfikowania eleganckich intelektualnie teoretycznych konstrukcji, które kiedyś prowokowały namiętne debaty, a których dziś w analizie integracji monetarnej po prostu już nie ma.
Analiza kosztów wprowadzenia wspólnego europejskiego pieniądza musi więc uwzględniać dziesięcioletnie doświadczenia funkcjonowania strefy euro. Musi być przy tym też kompleksowa. I tak, kiedy analizuje się koszty niedopasowania strukturalnego i cyklicznego różnych gospodarek strefy euro, wskazując na nieadekwatny poziom stóp procentowych jako jedną z przyczyn narastania bąbla na niepieniężnych aktywach (Irlandia, Hiszpania, Grecja), trudno nie wspomnieć, że polityka fiskalna w tych krajach w okresie boomu była ostro procykliczna, choć wcale taka być nie musiała. Dlatego trudno poważnie traktować zarzut obciążający politykę monetarną EBC winą za dopuszczenie najpierw do narastania, a później pęknięcie bąbla na rynku nieruchomości w Irlandii czy Hiszpanii.
Podobnie jest z innym koronnym argumentem wydobytym z arsenału, gdzie składowane są długoterminowe koszty, ostrzegającym przed możliwością wywołania boomu konsumpcyjnego po wejściu do strefy euro. Tak było faktycznie w kilku przypadkach, kiedy proces nominalnej konwergencji nie był zaawansowany tak jak obecnie. Dziś nie będzie żadnego szoku po ostrym spadku stóp procentowych. Różnice w poziomach nominalnych stóp między strefą euro a krajami poza nią są bowiem relatywnie niewielkie.
[srodtytul]Nadrabianie zaległości[/srodtytul]
Trafiają się też w raporcie NBP oszacowania długoterminowych kosztów, wychodzące od klasycznych argumentów, których nie odważyłby się jednak wykorzystać nawet skrajny eurosceptyk. Tak mają się sprawy choćby z koniunkturalnym niedopasowaniem, prowadzącym do szoków asymetrycznych, opłacanych zmiennością produkcji i konsumpcji. Spadek dobrobytu wywołany wzrostem zmienności konsumpcji pociąga za sobą w przypadku Polski spadek konsumpcji wobec stanu równowagi o 0,055 proc. Taki koszt, jeśli nawet nie potrafimy go przekonująco zakwestionować, z pewnością nie rzuci nikogo na kolana.
Znakomita większość klasycznej analizy kosztów utraty prowadzenia samodzielnej polityki monetarnej, od dysparytetu stóp procentowych po zmienność realnego kursu walutowego jako absorbera szoków asymetrycznych, musi być dziś relatywizowana doświadczeniami globalizacji i rozwoju nieskrępowanych przepływów na rynkach finansowych. Prawda o współczesnej gospodarce jest bowiem taka, że kiedy dziś w granicach strefy wspólnego pieniądza obserwujemy dużą zmienność produktu, to niekoniecznie musi ona być następstwem braku bufora kursowego. Może być równie dobrze implikowana niesamowicie szybkim rozwojem rynku finansowego, który stał się niezbywalnym składnikiem globalnej gospodarki. Przepływy finansowe prowadzą do zmienności produktu w nieporównanie większym stopniu niż szoki oddziałujące na realną gospodarkę.
Najważniejsze argumenty teoretyczne, niezbędne dla przeprowadzenia zgodnego z zasadami sztuki rachunku efektów netto przystąpienia do strefy euro, ujęte zostały w telegraficznym skrócie w umieszczonej niżej ramce.
Otóż w przypadku krajów nadganiających, jak Polska, gdzie średni poziom wydajności pracy (i co za tym idzie poziom życia) jest niski w zestawieniu z krajami rozwiniętymi, działa ta sama, niezmienna reguła, która ma absolutnie kluczowe znaczenie przy podejmowaniu decyzji o przyłączeniu się do sfrefy euro.
Można ją sformułować w następujący sposób: im szybciej do strefy euro, tym koszt w postaci wzrostu inflacji jest wyższy, ale równocześnie większa jest korzyść w postaci przyspieszenia tempa wzrostu gospodarczego i poprawy na rynku pracy.
Ta prosta zależność (zwana uczenie zależnością międzyookresową) działa też w drugą stronę: im później jakiś kraj decyduje się włączyć do strefy euro, tym niższą płaci cenę w postaci dodatkowej inflacji (dalej posunięta konwergencja realna), ale też tym mniejszą uzyskuje premię w formie impulsu dla wzrostu i zatrudnienia.
Stąd dla Brytyjczyków, Duńczyków czy Szwedów, którzy latami tkwią poza obszarem wspólnego pieniądza, rachunek netto strat i korzyści z euro staje się w zasadzie neutralny. Chyba że zdarzy się taki jak teraz kryzys wiarygodności. Wtedy korzyści zaczynają wyraźnie dominować nad kosztami. I wahadło nastrojów natychmiast wychyla się na stronę zwolenników euro. Ale w normalnych warunkach ustabilizowanej gospodarki w przypadku krajów na wysokim szczeblu rozwoju ekonomicznego, które pozostają wystarczająco długo poza strefą wspólnego pieniądza, bilans kosztów/korzyści zaczyna się zerować.
W naszym wypadku takie wyzerowanie mogłoby nastąpić za około 20 – 25 lat, kiedy dojdziemy do średniego poziomu wydajności, dochodów i rozwoju cywilizacyjnego krajów starej Unii. Wtedy eurosceptycy zyskaliby podobnie jak dziś w Anglii, Danii czy Szwecji solidną podbudowę merytoryczną dla swego stanowiska. Oczywiście pod warunkiem, że znów nie trafiłby się nam jakiś globalny kryzys.
Wcześniej, czyli przed upływem najbliższego ćwierćwiecza, kiedy dogonimy europejską średnią, rachunek netto kosztów/korzyści z euro pozostaje w zgodzie z naszkicowaną wyżej ogólną prawidłowością.
I tak też dokładnie zostało to przedstawione w raporcie NBP o euro. A precyzyjniej: w głównej części raportu. Bo w aneksie analizującym wpływ globalnego kryzysu na decyzję o wejściu do strefy euro – już niekoniecznie.
[srodtytul]Wyraźne korzyści[/srodtytul]
W aneksie koszty są pewne, a korzyści mgliste. W głównym raporcie mamy analizę w kategoriach wyniku netto, co zakłada współwystępowanie kosztów i korzyści. Koszty, skupione w stosunkowo krótkim okresie, oszacowane zostały na ok. 20 mld PLN (jest to zresztą wielkość, moim zdaniem, zawyżona, bo nie bierze pod uwagę, że spora część nakładów informatycznych w sektorze finansowym i sferze realnej związanych z absorpcją euro została już dawno poniesiona). Korzyści, rozłożone i oddalone w czasie, oszacowane zaś zostały na 7,5 proc. PKB. Po jednej stronie mamy więc ok. 1,2 proc. PKB; po drugiej nie mniej niż 7,5 proc. PKB, co daje netto 6,3 proc. PKB korzyści. O czym tu więcej mówić?
Jest rzeczą ekspertów, by przekonująco oszacować, ile dodatkowej inflacji za ile dodatkowego wzrostu gospodarczego i zatrudnienia skłonni jesteśmy zapłacić w krótkim czasie za szybkie przyjęcie euro. Rzeczą polityków jest zaś przygotować działania osłonowe, adresowane do tych grup, które, pozostając relatywnie najbardziej wrażliwe na podatek inflacyjny, najmniej czerpią bezpośrednio z owoców przyspieszonego wzrostu. Są to, jak łatwo się domyślić, głównie ci, którzy pozostają poza rynkiem pracy. Rzeczą rządu jest również uruchomienie mechanizmów przeciwdziałających nieuzasadnionemu wzrostowi cen.
Innymi słowy: to optymalizacja bilansu kosztów i korzyści netto i kwestia społecznego podziału korzyści powinny stać się przedmiotem debaty publicznej na temat daty wejścia do strefy euro. Cała reszta jest już tylko zwykłym biciem piany.
[ramka][b]koszty[/b]
? Przesunięcie popytu.
? Likwidacja lokalnych preferencji co do kształtowania się stopy bezrobocia i inflacji.
? Ujednolicenie instytucjonalne na rynku pracy (zanik zjawiska dumpingu socjalnego).
? Różna dynamika wzrostu PKB w poszczególnych krajach, prowadząca do narastania nierównowagi handlowej, pociąga za sobą konieczność obniżenia cen eksportowych w kraju szybciej się rozwijającym, tym samym spadku terms of trade i wzrostu konkurencyjności, lub wymaga niższej inflacji (bardziej restrykcyjnej polityki fiskalnej). Nie ma już bowiem mechanizmu dostosowania kursowego.
? Ujednolicenie z czasem systemów fiskalnych i utrata dochodów z emisji pieniądza (seignorage), szczególnie wysokich (nieraz
2 – 3 proc. produktu krajowego netto) w krajach o wysokiej inflacji.[/ramka]
[ramka][b]korzyści[/b]
? Eliminacja bezpośrednich i pośrednich kosztów transakcyjnych.
? Mniej niepewności odkładających się w korzyściach z dobrobytu (welfare gains).
? Eliminacja ryzyka kursowego przekładająca się na:bardziej ekonomicznie uzasadniony proces cenotwórczy,wygładzanie cyklu (smoothing) PKB.
? Wzrost otwartości gospodarek korzystny dla konkurencyjności i umożliwiający skuteczne wykorzystywanie przewag komparatywnych.
? Uzyskanie bez ryzyka kursowego dostępu do nieograniczonego zasobu tanich oszczędności niezbędnych do sfinansowania inwestycji podnoszących potencjał PKB w krajach „nadganiających”. [/ramka]
[i]Autor jest głównym ekonomistą Polskiej Rady Biznesu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA