fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Unia nie potrzebuje demokratyzacji

Marek Jurek
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Rozmowa z Markiem Jurkiem. Najpierw solidarność państw, ich wzajemny szacunek i otwarcie rynków pracy. Dopiero potem euro – mówi lider Prawicy RP
[b]„Rz”: Czy nie skazuje się pan na porażkę, otwierając warszawską listę kandydatów Prawicy Rzeczypospolitej do Parlamentu Europejskiego? Bo to nie jest to prawicowy matecznik i ma pan dużą konkurencję. [/b]
[b]Marek Jurek:[/b] Lider listy kandyduje w Warszawie. Budujemy silną listę chrześcijańsko-konserwatywną i będziemy walczyć o poparcie wszystkich wyborców. Rok temu na Podkarpaciu tylko my potrafiliśmy skutecznie przeciwstawić się PO i PiS. A wybory do PE nie są dla nas tylko sprawdzianem poparcia. Polska polityka europejska to zasadnicza część naszego programu. I alternatywa dla innych partii. PO prowadzi politykę europejskiego dryfu, zgłoszony przez premiera pomysł przyjęcia euro to jego element. PiS w sprawach europejskich ma trochę dobrych inicjatyw, ale żadnej konsekwentnej wizji polskiego stanowiska europejskiego. W działalności PiS jest więcej retoryki niż polityki, a najważniejsza jest władza. „Zawodowym eurosceptykom” bardziej zależy na zbieraniu wyborczego poparcia ludzi nie wiedzących, jak prowadzić politykę w Europie, niż na zmianie polityki polskiej i wpływaniu na Europę. Walczą o mandaty i świetnie wtapiają się w otoczenie, z którym teoretycznie walczą. My proponujemy jasne zasady: w Europie tyle wspólnych instytucji i kompetencji, ile wspólnych wartości i interesów. Proponowanie rozwiązań europejskiej solidarności, które będą chronić nasze prawa i interesy. Budowanie silnej europejskiej opinii chrześcijańskiej, bez której nie przywrócimy równowagi w debacie europejskiej.
[b]Naprawdę ma pan nadzieję na zdobycie mandatów do PE? [/b]
Widzę, że zna pani z góry wynik wyborów. Na pewno mamy dwie bariery do sforsowania: materialną i solidarności. Dziwię się, że dziś tak wielu ludzi opuszcza bezradnie ręce zakładając, że demokracja to rządy pieniądza. Nadmierny wpływ partyjnej oligarchii nie tylko naruszą równość opinii, ale przede wszystkim ma destrukcyjny wpływ na opinię publiczną. A to już jest kwestia wolności politycznej. Na czas kryzysu należy w ogóle znieść finansowanie budżetowe partii, a przyszłości można je odtworzyć na zasadach dobrowolności, tak jak finansowanie organizacji pozarządowych. Ale wszystko to nic nie da, jeśli nie będzie ludzi gotowych podejmować politykę w imię swoich przekonań, a wybór pozostawiać wyborcom.
[b]Poparcie dla Ligi podskoczyło ostatnio do 5 procent. [/b]
I kto popiera Romana Giertycha projekt wystąpienia z Unii Europejskiej powinien na niego głosować. Ja natomiast uważam głoszenie tego rodzaju poglądów za kompletnie nieodpowiedzialne: jak można budować silną opinię na rzecz solidarności w Europie, domagając się szacunku dla życia chrześcijańskiego i interesów Polski, jeżeli kwestionuje się samą współpracę? Referendum akcesyjne już się skończyło.
[b]Może jednak trzeba było się zjednoczyć w Libertas Declana Ganleya? LPR chce z ich list stratować. [/b]
Skoro nie chcemy, żeby Polska była rządzona przez partyjne centralne – jak można dokładać do nich jeszcze jedną zagraniczną? Przecież to nie jest ruch, ale zagraniczny przedsiębiorca, który politykom w Polsce robi nadzieje na mandaty za poparcie swojej polityki. Dla samego Declana Ganleya mam uznanie za to, że zablokował traktat lizboński napisany wbrew zasadom solidarności. Na pewno warto z nim rozmawiać. Natomiast projekty polityczne Ganleya są bardzo ekstrawaganckie. Postulat demokratyzacji Unii zupełnie mija się z interesami Polski i problemami Europy. Demokratyzacja oznacza wzmocnienie kompetencji Parlamentu Europejskiego, który kontrolował decyzje państw jak przy desygnacji Rocco Buttiglione do Komisji Europejskiej przez Włochy. Europie potrzeba solidarności i wzajemnego szacunku. Szacunku opinii liberalnej dla opinii chrześcijańskiej czy Europy zachodniej dla gospodarki i geopolityki Europy Środkowej.
[b]To czuje się pan zdradzony przez Artura Zawiszę, który przystał do Libertas? [/b]
Artur wybrał swoją drogę. Nie krytykuje się publicznie przyjaciół, a ocenę przedsięwzięcia już przedstawiłem.
[b]Utrzymujecie kontakty? [/b]
W planie osobistym decyzja Artura nic nie zmienia.
[b]Wasza retoryka w kampanii może być trochę podobna, bo program Prawicy mówi co prawda o solidarności europejskiej, ale kompletnie kontestuje euro. [/b]
Bo o euro należy rozmawiać w kategoriach odpowiedzialności, a nie haseł o raju jednej waluty albo o euroscpetyce.
[b]Spadek złotówki pokazuje, że może lepiej byśmy mieli euro? [/b]
Atak spekulacyjny jest incydentem, a euro to zasadniczy wybór dla państwa i gospodarki. Sytuacja Słowacji czy Litwy potwierdza prognozy, co oznacza przedwczesne porzucenie waluty narodowej albo nawet wejście w ERM-2. A co oznacza dla rozwoju i konkurencyjności, dopiero zobaczymy.
[b]Czyli mamy odwlekać wejście euro jak długo się da? [/b]
Europa musi najpierw wyrównać różnice rozwoju, by spełnić warunki optymalnego obszaru walutowego. Zresztą Traktat z Maastricht mówi o unii walutowej w kontekście zrównoważonego rozwoju państw Unii. Dlatego premier Tusk zamiast wykładać Polakom rzekome unijne obowiązki, powinien naszym partnerom przypomnieć o zasadach uczciwej konkurencji w rolnictwie czy w pomocy publicznej, albo (szczególnie Niemcom i Austrii) o zasadzie otwartych rynków pracy. Premier Tusk doskonale wie, że państwa mają prawo zachowywać walutę narodową i Szwecja czy Czechy nie łamią żadnych norm unijnych. Rzucił hasło „euro”, bo dzięki temu ma nadzieję zrzucić ze swego rządu część odpowiedzialności za walkę z kryzysem na zasadzie „dzielimy los całej Europy”, „wszędzie są problemy”. Natomiast PiS nie broni narodowej waluty, a jedynie widzi w tej sprawie okazję do skonsolidowania wokół siebie wyborców, którzy chcą zachować polski pieniądz. Temu służy hasło referendum. Gdyby PiS bronił polskiego pieniądza, powiedziałby: póki mamy ponad jedną trzecią głosów w Sejmie – nie ma zgody na rezygnację z polskiego pieniądza. Debatę na ten temat możemy zacząć dopiero wtedy, gdy Europa Zachodnia i Środkowa będzie spełniać wymogi wspólnego obszaru walutowego.
[b]Jest pan przeciw referendum w sprawie euro? [/b]
Jestem za zachowaniem narodowej waluty. A referendum jest potrzebne tym, którzy chcą policzyć swoich zwolenników. To granie interesem kraju dla czysto partyjnego zysku. Gdyby Jarosław Kaczyński naprawdę tak bardzo kochał demokrację bezpośrednią, to by zgodził się na referendum w sprawie zniesienia finansowania partii albo jednomandatowych okręgów wyborczych. A spraw ważnych dla swej partyjnej egzystencji PiS nie chce ryzykować w referendum. Żądają go w sprawie, która jest wygodna dla obu głównych partii, bo służy podziałowi opinii publicznej między PiS a PO.
[b]Jak pan ocenia sytuację w Polskim Radiu? [/b]
Wpływy Samoobrony w mediach publicznych są tylko parawanem dla środowisk postkomunistycznych.
[b]W radiu wpływy ma też Prawica, vide Bogusław Kiernicki. [/b]
On jest moim przyjacielem, ale nie jest ani reprezentantem, ani nawet członkiem Prawicy Rzeczypospolitej. Wykonał tam dobrą pracę, bo póki był delegowany do zarządu, póty Krzysztof Skowroński mógł być dyrektorem „Trójki”, a Wojciech Reszczyński – wicedyrektorem IAR. Wszedł wbrew Samoobronie i hamował jej destrukcyjną działalność. Ale moja partia nie korzystała w tym okresie z żadnych przywilejów informacyjnych. Jeśli coś Pani o tym wie – proszę powiedzieć. Natomiast to, co się dzieje teraz, to skutki sposobu powoływania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Nie poparłem wtedy polityki PiS, choć byłem wiceprezesem partii. Przekonywałem, że trzeba Samoobronie powiedzieć: nie akceptujemy żadnego PZPR. Ale premier Kaczyński pewno się obawiał, że wtedy Lepper się nie zgodzi na jego kandydatów. A w logice partyjnej nie mieście się tworzenie autonomicznych urzędów państwowych, gdzie porozumiewać się ma pięciu w miarę niezależnych ludzi. No i Samoobrona przyprowadziła Borysiuka, człowieka z samego jądra TVP Roberta Kwiatkowskiego i Leszka Millera. Starałem się doprowadzić do kompromisu z PO, zachęcając ich by wprowadzili do KRRiT Tomasza Arabskiego. Można było zrównoważyć układ i wybrać inny zarząd mediów. Ale Platforma ani nie chciała zaakceptować porozumienia, ani pogodzić się z faktem, że nie należy do większości parlamentarnej. Problem polega na tym, że główne siły polityczne nie chcą mediów niezależnych, ani choćby autonomicznych. Wszyscy chcą mieć swoją tubę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA