Publicystyka

Z teczką do gwiazd

Aleksander Wolszczan zapowiedział, że wynosi się z Polski, kraju, w którym wyciąga się ludziom życiorysy. Co można do tego dodać? Chyba wyrazić żal, że nie opuścił PRL – pisze Maciej Rybiński
Bertrand Russel uważał, że ludzkość rozwijała się zbyt szybko intelektualnie i zbyt wolno moralnie. Dlatego jesteśmy nadto sprytni, ale moralnie niedojrzali. Karl Popper sądził, że jest akurat odwrotnie – ludzie są zbyt poczciwi i zanadto głupi, dlatego bardzo łatwo ulegają argumentom apelującym nie tylko do ich interesu, ale i do poczucia moralnego, nie będąc w stanie dokonać ich krytycznej oceny.
W naszym życiu publicznym mamy do czynienia z wypadkami i zjawiskami potwierdzającymi obie te diagnozy. Fakt, że rządy, w znaczeniu także symbolicznym, duchowym, sprawują amoralni cwaniacy, a szantażowi moralnemu ulegają znacznie liczniejsi poczciwcy i frajerzy, jest raczej przygnębiający.
Psychologiczną osobliwością jest trudność, jaką sprawia przeciętnemu człowiekowi akceptacja faktu, że ktoś może być w jakiejś dziedzinie wielce utalentowany, a jednocześnie ograniczony umysłowo i niewrażliwy moralnie. Podziw dla wyjątkowych umiejętności uniemożliwia praktycznie sprawiedliwą ocenę postępowania. Świństwa życiowe pisarza łatwiej usprawiedliwiamy i wybaczamy niż łajdactwa stróża nocnego. Im bardziej odległa od naszych życiowych horyzontów jest umiejętność i dziedzina sprawności, tym większa staje się nasza tolerancja. Im większy szacunek dla rzemiosła, tym niższe kryteria moralne. Znakomity fizyk jądrowy może liczyć na większe pobłażanie niż linoskoczek, choć dla nas równie niemożliwe jak zrozumienie teorii czasu i przestrzeni jest przejście po linie przez Wielki Kanion Kolorado. Nie różnię się pod tym względem specjalnie od przeciętnej. Także odczuwam instynktowny szacunek dla niezwykłych umiejętności i talentów, więc mam skłonność do relatywizowania przewin czy odrażających nawet zachowań ludzi wybitnych w jakiejś dziedzinie, szczególnie w takiej, o której sam nie mam bladego pojęcia. A jej doskonałe opanowanie wydaje mi się czynem nadludzkim. Toteż kiedy ogłoszono informację o współpracy z SB wybitnego astronoma Aleksandra Wolszczana (największy polski astronom od czasów Kopernika – zapewniała TVN), polskiego kandydata do Nagrody Nobla, zacząłem pisać tekst nie tyle w obronie uczonego, ile relatywizujący jego życiowe potknięcie. Zacząłem rozważać kontekst, wpisywać Wolszczana w czas historyczny i realia PRL. W pierwszym odruchu wziąłem nawet za dobrą monetę tytuł z „Dziennika”: „Współpracował, ale nikomu nie zaszkodził”. Nie dostrzegłem nawet jego śmieszności i analogii z Clintonowskim: paliłem trawkę, ale się nie zaciągałem. Byłem pełny dobrej woli. Gdybym ten tekst skończył, napisałbym mniej więcej tak: w plotkarskim szumie lustracyjnym tracimy z oczu to, co najważniejsze. Gdzieśmy właściwie żyli. Co to było za państwo, które podstępem, szantażem, przemocą zmuszało astronomów do udawania, że są gotowi donosić na kolegów. W czyim interesie to robiono i kto na tym korzystał, że upadlano ludzi z gruntu przyzwoitych, przymuszano ich do krętactwa, kombinowania i kłamstw, do wykrętów. Dlaczego wybitnie zdolny, rokujący największe nadzieje, naukowiec musiał żyć ze świadomością, że tylko wtedy ma szanse na naukowy rozwój, dokonania, kontakty ze światową nauką, kiedy będzie prowadził podwójne życie, kiedy uda, że się ześwinił. Pokładałem taką ufność w profesorze, że nigdy bym nie napisał: kiedy się ześwini. Miałem zamiar zaapelować do Instytutu Pamięci Narodowej, aby ujawniając podobne przypadki, podawał równocześnie imiona i nazwiska wszystkich funkcjonariuszy SB, którzy brali udział w moralnym negliżowaniu każdego TW. A także to, co robią teraz i jak się im powodzi. Aby ogłaszano, do kogo w aparacie partyjnym trafiały raporty SB powstałe na podstawie rozmów i doniesień tajnych współpracowników. Też po nazwisku i z informacją, czym ci panowie zajmują się dzisiaj. Goła wiedza o tym, że ktoś był TW, wydawała mi się niewystarczająca i krzywdząca. Społecznie niesprawiedliwa. Utrudniająca młodzieży zrozumienie epoki PRL i meandrów życiowych ludzi, którym przyszło w niej mieszkać i pracować. Na dodatek na naukowej niwie. Tak chciałem napisać. Ale w „Rzeczpospolitej” mam felieton tylko raz w tygodniu i chęć napisania od momentu, w którym trzeba to zrobić, oddzieliło kilka dni. Czas, w którym Aleksander Wolszczan sam wziął sprawy w swoje ręce i sam poddał ocenie moralnej swoje postępowanie. Nie było już ani sensu, ani powodu pisania tego tekstu. Okazało się, że profesor jest tego samego zdania co większość Polaków, co ja sam – wybitność w jakiejś dziedzinie ogranicza odpowiedzialność. Zwłaszcza kiedy samemu jest się wybitnym. Aleksander Wolszczan zapowiedział wybitnie i dobitnie, że wynosi się z Polski, kraju, w którym wyciąga się ludziom życiorysy i współpracę. Co można do tego dodać? Chyba wyrazić żal, że nie opuścił PRL, kraju, który te życiorysy kształtował. Jak się wydaje, do dziś.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL