fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sylwetki

Możemy wyhodować inflacyjnego potwora

Rzeczpospolita
O tym, dlaczego narzekamy na drożyznę, chociaż nasze płace rosną dwukrotnie szybciej niż inflacja mówi profesor Janusz Czapiński.
Za dwa tygodnie posłowie będą debatowali w Sejmie o wzroście cen. Dyskusji na ten temat domagała się opozycja – PiS i SLD. Obie partie pokłóciły się nawet o to, kto pierwszy wymyślił debatę na temat drożyzny, a tym samym o to, kto prezentuje większą wrażliwość społeczną – lewica czy prawica.
RZ: Opozycja chce debatować w Sejmie o drożyźnie. Czy wzrost cen stał się poważnym problemem społecznym?
Janusz Czapiński: Rosnące ceny żywności i paliw biją równo po kieszeni wszystkie grupy społeczne – i te zamożniejsze, które mają drogie, paliwożerne samochody, i te uboższe, którym doskwiera przede wszystkim wzrost cen żywności.
Ale na razie na rosnącej drożyźnie nikt nie stracił, bo płace podnoszą się co najmniej dwukrotnie szybciej niż inflacja. Rosną też emerytury i dochody rolników, głównie za sprawą dopłat bezpośrednich z Unii Europejskiej. A więc statystyczny Polak mimo inflacji i tak jest na plusie.
O co więc ten cały raban?
Politycy po prostu prawidłowo odczytują nastroje społeczne. A nasza psychika słabo reaguje na oznaki poprawy jakości życia, natomiast bardzo silnie na sygnały o pogorszeniu statusu materialnego. Innymi słowy, jeżeli ktoś w maju otrzymał pensję o 4 procent wyższą niż miesiąc wcześniej, to specjalnie na to nie zareaguje. Ale gdy pójdzie do sklepu i stwierdzi, że zakupy, które robi, są o 4 procent droższe niż przed miesiącem, to odczuje to bardzo mocno. Dlatego ogromna większość Polaków oczekuje debaty na temat drożyzny, licząc na to, że po takiej dyskusji rząd dokona cudu i standard życia społeczeństwa będzie rósł znacznie szybciej niż inflacja. Opozycja wie, że to jest niemożliwe, ale co jej szkodzi powykłócać się o elektorat.
Czy mimo wzrostu cen żyje nam się lepiej niż na przykład dwa lata temu? Zdecydowanie tak. Już w 2003 roku statystyczny Polak zaczął odczuwać poprawę sytuacji materialnej, a więc status materialny polskich rodzin stopniowo podnosi się już piąty rok. W ciągu ostatnich dwóch lat dochody statystycznej polskiej rodziny wzrosły o 25 procent. A w tym roku prawdopodobnie zwiększą się o dalsze 14 – 15 procent. To jest wręcz galopada płac.
Skoro tak, to dlaczego ludzie narzekają? Czy mamy do czynienia ze zjawiskiem: apetyt rośnie w miarę jedzenia?
Oczywiście. Im szybciej zwiększały się dochody Polaków, tym szybciej rosły ich aspiracje materialne. Teraz nasze oczekiwania są bardzo wyśrubowane. Najlepszym dowodem na to są następujące dane: od 2005 do 2007 roku o 50 procent zmniejszyła się w Polsce sfera ubóstwa obiektywnego, a o tyle samo wzrosła sfera ubóstwa mierzonego subiektywnie.
Porównujemy się do sąsiada, na przykład jego stać na wielki telewizor, a ja mam mały, czyli jestem ubogi?
Nie tylko. Jeżeli w poprzednim roku dostaliśmy 50-procentową podwyżkę, a w tym roku nie dostajemy nic, jesteśmy przekonani, że straciliśmy. Ale trzeba też pamiętać, że wzrost płac nie był równomierny. Pracownicy sfery budżetowej na przykład czują się poszkodowani, bo widzą, że wszyscy idą do przodu bardzo szybko, a oni posuwają się drobnymi kroczkami, bo ich dochody rosną najwolniej. Poza tym jest grupa społeczna naprawdę poszkodowana wzrostem cen żywności prądu i gazu. To są rodziny wielodzietne. Ulga podatkowa na dzieci nie poprawiła znacząco ich sytuacji materialnej.
A więc może warto dyskutować o drożyźnie?
Z punktu widzenia interesu kraju absolutnie nie. Bo jeżeli politycy nastraszą obywateli dalszym wzrostem cen, to może się to stać samospełniającą się przepowiednią – ludzie, zamiast trzymać w bankach oszczędności, zaczną kupować na zapas i nakręcą spiralę cenową.
A jeżeli rząd postawi na zdławienie inflacji przez podnoszenie stóp procentowych, to może wpędzić w niespłacalne długi 4 mln zadłużonych kredytobiorców. Politycy powinni więc raczej uspokajać obywateli, że jesienią ceny przestaną rosnąć. Tymczasem debata sejmowa może jedynie podgrzać nastroje w społeczeństwie. A jeżeli do czynników ekonomicznych napędzających inflację dojdą czynniki emocjonalne, to możemy sobie wyhodować prawdziwego inflacyjnego potwora.
Janusz Czapiński jest profesorem UW, prorektorem Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania oraz współautorem „Diagnozy społecznej”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA