fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Obywatel Niemiec równiejszy od Polaka

Z etapu obrażania się na Berlin i grania na antygermańskich nastrojach przeszliśmy płynnie do fazy pokornego przyjmowania ciosów – pisze zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”
W ramach wzmacniania jedności i solidarności europejskiej oraz poszerzania obszaru wolności gospodarczej rząd Angeli Merkel postanowił nie otwierać Polakom drzwi do niemieckiego rynku pracy aż do roku 2011. Wykorzysta w ten sposób pełen okres przejściowy ustalony w trakcie negocjacji akcesyjnych, choć mógłby ten okres skrócić. Mało tego, środowiska niemieckiego biznesu wręcz się owego skrócenia domagają, bo brakuje im rąk do pracy.
Niestety, rządząca CDU znów uległa naciskom związków zawodowych, które najchętniej zamknęłyby granice Niemiec na cztery spusty, by już nigdy więcej przybysze ze Wschodu „nie odbierali Niemcom pracy i chleba”. Populizm, jak widać, nie jest obcy nawet najbardziej elokwentnym politykom w najbardziej cywilizowanych demokracjach.
W tym samym czasie, gdy liderzy CDU podejmowali decyzję o utrzymaniu ograniczeń, Bundestag niemal jednomyślnie ratyfikował traktat lizboński, dokument, który ma być milowym krokiem na drodze ku lepszej Europie, bez granic i podziałów, Europie bardziej solidarnej i przyjaznej. – To traktat dobry zarówno dla Europy, jak i dla obywateli i obywatelek Niemiec – przekonywała w Bundestagu pani kanclerz.
Unia Unią, solidarność solidarnością, ale sprawiedliwość musi być po stronie obywatela Niemiec. Traktat lizboński, ratyfikowany zarówno przez nasz Sejm, jak i Bundestag, niczego tutaj nie zmieni. Polski analityk finansowy, który chciałby zatrudnić się w jakimś banku we Frankfurcie, będzie musiał wciąż grzecznie prosić w niemieckim urzędzie o pozwolenie na pracę. Studentka germanistyki, która chciałaby opiekować się jakimś dzieckiem w Monachium – takoż. Podobnie jak zbieracz szparagów w Brandenburgii.
I finansista, i pani od dziecka, i zbieracz szparagów mogą sobie nawet być euroentuzjastami i z całego serca popierać traktat lizboński, jednak starając się o pracę nad Renem, nie uzyskają z tego tytułu żadnych przywilejów.
Trudno o bardziej jaskrawy przykład rozziewu między zapisanymi na papierze szczytnymi intencjami a twardą, niekiedy bolesną, Realpolitik, mającą się nijak do traktatu lizbońskiego, a co gorsza – do Karty praw podstawowych. Albowiem Unia „bliższa obywatelom” takimi drobiazgami, jak dyskryminacja na rynku pracy ze względu na narodowość, się nie przejmuje, pozostawiając tę drażliwą kwestię w rękach rządów i parlamentów poszczególnych państw-członków.
Autorzy traktatu lizbońskiego o tym problemie bynajmniej nie zapomnieli. Wedle preambuły dokumentu Unia Europejska „zwalcza wyłączenie społeczne i dyskryminację oraz wspiera sprawiedliwość (...)”. Wspiera też „spójność gospodarczą, społeczną i terytorialną”. Jeszcze dalej idzie Karta praw podstawowych (w artykule 15.): „Każdy ma prawo do podejmowania pracy oraz wykonywania swobodnie wybranego lub zaakceptowanego zawodu. Każdy obywatel Unii ma swobodę poszukiwania zatrudnienia, wykonywania pracy, korzystania z prawa przedsiębiorczości oraz świadczenia usług w każdym państwie członkowskim. Obywatele państw trzecich, którzy posiadają zezwolenie na pracę na terytorium państw członkowskich, mają prawo do takich samych warunków pracy, z jakich korzystają obywatele Unii”.
Słychać tutaj pewien dysonans: skoro Unia „zwalcza dyskryminację”, to powinna chyba zareagować na dyskryminacyjne działania rządu Niemiec. Skoro „każdy obywatel Unii ma swobodę poszukiwania zatrudnienia i wykonywania pracy”, to łamiący tę swobodę rząd Niemiec chyba powinny dosięgnąć ze strony Komisji Europejskiej jakieś sankcje. Skoro wreszcie mowa jest o „obywatelach państw trzecich”, którzy muszą uzyskiwać pozwolenie na pracę w UE, to czy w takim razie Polska jest „państwem trzecim”?
Jeszcze więcej wątpliwości budzi lektura artykułu 21. Karty: „Zakazana jest wszelka dyskryminacja, w szczególności ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pochodzenie etniczne lub społeczne, cechy genetyczne, język, religie lub przekonania, poglądy polityczne lub wszelkie inne poglądy, przynależność do mniejszości narodowej, majątek, urodzenie, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną”.
Skoro Unia zwalcza wszelką dyskryminację, to powinna chyba jakoś zareagować na dyskryminacyjne działania rządu Niemiec
Wyobraźmy sobie sytuację, w której o to samo stanowisko w Niemczech starają się Francuz i Polka. Francuz pozwolenia na pracę nie potrzebuje, Polka tak. Czy nie mamy tutaj do czynienia z jawną dyskryminacją ze względu na płeć? A jeśli polski homoseksualista będzie rywalizował o stanowisko barmana w jakiejś knajpce na Kreuzbergu z włoskim barmanem heteroseksualistą? I będzie musiał dostarczyć pracodawcy stosowny kwit, którego Włoch dostarczać nie musi? Mam nadzieję, że zaprotestują wówczas zarówno niemieccy Zieloni, jak i Robert Biedroń, a sprawa trafi do strasburskiego Trybunału Praw Człowieka.
Decyzja rządu Angeli Merkel obnaża nie tylko pustkę wielu zapisów traktatu lizbońskiego i Karty praw podstawowych, ale także słabość polskiej dyplomacji. Mimo wspaniałych stosunków, jakie łączą Donalda Tuska z kanclerz Merkel, mimo zapewnień o głębokiej przyjaźni i nierozerwalnym sojuszu, mimo „gorącego telefonu”, o którym pisała w zeszłym tygodniu jedna z gazet, w ciągu kilku ostatnich miesięcy spotykają nas ze strony Niemiec same afronty.
Począwszy od założeń do projektu „Widocznego znaku”, w których nie został uwzględniony żaden z polskich postulatów, poprzez sprawę pomnika „Solidarności” w stolicy Niemiec (w szybkim tempie skurczył się do rozmiarów pamiątkowej tablicy) oraz spór o zaproszenie Ukrainy i Gruzji do NATO, aż po zablokowanie niemieckiego rynku pracy dla polskich pracowników.
Te niepokojące sygnały wskazują na to, iż z etapu obrażania się na Berlin i grania na antygermańskich nastrojach przeszliśmy płynnie do fazy pokornego przyjmowania ciosów. Nie sposób opędzić się od kilku dręczących pytań:
1. Czy premier Tusk rozmawiał z Angelą Merkel przez telefon na temat zniesienia restrykcji dla Polaków chcących pracować za Odrą?
2. Czy minister Radosław Sikorski rozmawiał na ten temat z Frankiem-Walterem Steinmeierem podczas jego pamiętnej wizyty w dworku w Chobielinie, która miała jeszcze bardziej ocieplić dwustronne stosunki?
3. Jakie działania podjął w tej dziedzinie pełnomocnik rządu ds. dialogu międzynarodowego prof. Władysław Bartoszewski?
Jeśli premier i szef MSZ temat poruszyli, a prof. Bartoszewski stosowne działania podjął, to znaczy, że albo starali się za słabo, albo natrafili na betonowy mur sprzeciwu. Jeśli jednak żadnych starań nie było, tym gorzej dla obecnej ekipy zajmującej się w rządzie stosunkami z Niemcami. Byłby to bowiem dowód jej wyjątkowej niekompetencji i braku dbałości o interes polskich obywateli w naszej wspólnej, jednoczącej się Europie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA