Styl życia

Trzy tytuły na drogę

Choć nie w Krakowie, to urodziłem się w mieście, o którym Grzegorz Turnau śpiewa piosenki. W Inowrocławiu, bo o nim mowa, chodziłem też do liceum, kilka kroków od pięknej willi, w której mieszkała babcia Turnaua. Teraz jest tam kawiarnia Przy Kominku. I właśnie tam w najbliższą sobotę spotkamy się całą klasą po raz drugi od matury, którą zdawaliśmy ćwierć wieku temu.
Nasze miasto nie było ciekawym miejscem do dorastania dla ciekawych świata nastolatków. Nie było klubów, galerii. Jedna sala koncertowa, tylko że nie grała w niej Republika, Perfect czy Lady Pank.
W resturacji bywało się na chrzcinach, weselach i stypach. Nawet po Żywiec trzeba było jeździć do sąsiedniej Pakości. No, ale mimo to wyszliśmy na ludzi. I nie chodzi tu o wykształcenie, a kindersztubę i obycie. Uzyskaliśmy je dzięki książkom, które czytaliśmy. Trzy były takie, bez znajomości których nikt nie był poważnie traktowany w towarzystwie.
Najważniejszą był „Ojciec Chrzestny” Mario Puzo. Mieliśmy jeden egzemplarz. Każdy dostawał go na dwa dni. A to przecież przeszło pięćset stron! Gdybym normalnie, jak co dzień, poszedł do szkoły, nie dałbym rady przeczytać całej książki. Więc moje pierwsze wagary były po to, by poznać historię rodziny Corleone: Don Vito i jego synów. „Sonny zapalił cygaro i łyknął whisky”, „Wieczorem butelka mocnego wina i obfity posiłek złożony z makaronu i mięsa pozwalały Michaelowi zasnąć”. Zamiast mielonego – spaghetti, zamiast kompotu – wino, to było odkrycie, które zburzyło nasz świat. Od tej pory wiedzieliśmy, jak powinien wyglądać romantyczny obiad. A raczej kolacja, bo pory posiłków też odbiegały od polskiej normy. Równie ważną książką był „Dzień Szakala” Fryderyka Forsytha: nie tylko historia zamachu na generała de Gaulle'a, ale i przewodnik po najmodniejszych miejscach Francji. Cannes z jego hotelami, Grasse z fabrykami perfum. Autor opisywał z detalami luksusowe oblicze Paryża; pensjonaty, restauracje, sklepy. Zrozumieliśmy, dlaczego to miasto nosi miano kulturalnej i kulinarnej stolicy świata. I że żabie udka i ślimaki to nie jedyne pozycje w menu: „Szakal wybrał z karty pstrąga z rusztu, na drugie danie tournedos z tymiankiem i koprem, upieczone nad ogniem z drzewa węglowego”. Dla nas, dla których załatwienie obozu w Czechosłowacji ciągnęło się miesiącami, mobilność Szakala była na tyle atrakcyjna, że każdy był gotów zostać płatnym zabójcą (swoją drogą, w sobotę można podpytać, komu się udało). Przed południem w Londynie, po południu w Paryżu. Przed Brukselą zahaczył o Kopenhagę. Też tak chcieliśmy. Trzecią książką była „Igła” Kena Folleta. Raz, że tak się nazywała najładniejsza dziewczyna w klasie, dwa, że książka pokazywała miejsca na ziemi, gdzie rzeczy bywały niezmienne przez setki lat! I tak słowo tradycja nabrało dla nas realnego znaczenia. Odpowiedniego cytatu jednak z „Igły” nie będzie, bo w żadnej warszawskiej księgarni nie można jej dostać, a kolega, od którego w potrzebie pożyczałem książki, chyba się na mnie pogniewał. (Napisałem, że zmienił się bardzo od matury i posłał syna do konkurencyjnego liceum). Dziś każda z tych książek jest na liście stu najwybitniejszych powieści sensacyjnych ubiegłego wieku ułożonej przez MWA – Amerykańskie Stowarzyszenie Pisarzy Kryminałów. Odpowiednio na miejscu piątym, 15. i 25. I niech ktoś powie, że Inowrocław 25 lat temu był prowincją. Znakomite ekranizacje tych trzech książek oglądaliśmy w inowrocławskich kinach Słońce, Bałtyk i Żak. O nich zresztą Turnau także śpiewa piosenkę.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL