fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zadania

Samorządy płacą za brak ustawy reprywatyzacyjnej

Gminy same radzą sobie z roszczeniami byłych właścicieli
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Iwona Trusewicz
Gminy nie mają co liczyć na państwo. Ze zwrotem budynków dawnym właścicielom muszą sobie radzić same.
Samorządy zmagają się z problemem roszczeń spadkobierców przedwojennych właścicieli nieruchomości. Szczególnie dotkliwe są dla nich żądania dotyczące budynków mieszczących instytucje użyteczności publicznej, np. szkoły. Jednostki samorządu terytorialnego nie mają praktycznie żadnych możliwości prawnych, by zastopować  takie roszczenia.

Wydatki nie do udźwignięcia

Jedyne, co mogą zrobić, to zwrócić budynek. Jeśli chcą go zatrzymać, rozwiązaniem jest wykupienie nieruchomości na zasadach rynkowych.
Dla małych gmin oznacza to kłopot. Dysponują  skromnym budżetem, w którym ciężko zmieścić tak duży wydatek  jak odkupienie nieruchomości, np. jedynej w okolicy szkoły. Jednocześnie brak placówki edukacyjnej byłby bardzo dotkliwy dla lokalnej społeczności.
Przed takim dylematem stanęła gmina Pilawa (woj. mazowieckie). Na jej terenie leży miejscowość Trąbki, w której mieści się jedna z najstarszych w Polsce hut szkła. Po wejściu w życie ustawy z 3 stycznia 1946 r. o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej spółka, której własnością była huta i większość nieruchomości w Trąbkach, została znacjonalizowana w 1949 r. Złamano przy tym prawo, gdyż przekroczony został termin i warunki nacjonalizacji.
Po przemianach ustrojowych 1989 r. następcy prawni przedwojennych właścicieli rozpoczęli procedurę odzyskiwania nieruchomości. Zabudowań starej huty nie udało im się odzyskać, bo wcześniej  nabył je inny podmiot. Pozostałe tereny, zajmujące ponad 40 ha, zwrócono spółce Przemysł Szklany w Polsce SA, będącej sukcesorem przedwojennej firmy. Zabudowanych gruntów wciąż jednak spółce nie przekazano.
Wśród odzyskanych nieruchomości znalazły się także  szkoła i miejscowe boisko.
– Postanowiliśmy je odkupić, by zapewnić edukację dzieciom. Kosztowało nas to łącznie 1,5 mln zł – mówi Albina Łubian, burmistrz Pilawy.
Kwota ta była za duża jak na roczny budżet Pilawy, gdyż stanowiła blisko połowę wydatków majątkowych gminy.
– Musieliśmy się starać o rozłożenie zapłaty na dwa lata. Na szczęście udało nam się to wynegocjować w rozmowach ze spółką – dodaje pani burmistrz.
– Poszliśmy gminie i lokalnej społeczności na rękę. W umowie zrezygnowaliśmy  również z dochodzenia należnego nam wynagrodzenia za bezumowne korzystanie przez gminę ze zwróconych nieruchomości. Suma do zapłaty została też pomniejszona o podatek – podkreśla przedstawiciel spółki Przemysł Szklany w Polsce.
Jak dodaje, gmina rozpoczęła rozbudowę budynków szkoły już po ostatecznych decyzjach administracyjnych zwracających nieruchomość spółce. Pierwsza z nich została wydana w 1993 r.
Zdaniem mieszkańców miejscowości roszczenia spowodowały marazm w Trąbkach.
– Straciliśmy świetlicę, niepewne były losy szkoły. Przez długi czas nie było gdzie się spotykać, lokalne inicjatywy zaczęły zamierać – mówią, prosząc o zachowanie anonimowości.
Na aspekt społeczny zwraca też uwagę były poseł Marian Piłka, pochodzący z tej miejscowości.
– Obecny system najbardziej dotyka lokalnych społeczności, gdyż zabiera im miejsca edukacji czy kultury. Choć reprywatyzacja jest uzasadniona bezprawnym postępowaniem komunistów, to nie może się ona odbywać kosztem zbiorowych potrzeb mieszkańców – mówi.

Brak regulacji

Powodem problemów jest brak kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej. W Polsce wielokrotnie próbowano przeforsować taką regulację. Najbardziej zaawansowana była ustawa z 2001 r., jednak została skutecznie zawetowana przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Za to rządowy projekt z 2008 r. nigdy nie trafił do Sejmu. Uzasadnieniem były problemy budżetu państwa, który zdaniem rządu nie udźwignąłby wypłaty odszkodowań.
Jakie zmiany powinny się znaleźć w prawie? Zdaniem Lecha Żyżylewskiego i Piotra Gołaszewskiego, prawników z kancelarii Domański Zakrzewski Palinka zajmujących się problematyką reprywatyzacyjną, rozwiązaniem mogłoby być zaspokojenie roszczeń w zamian za rekompensatę stanowiącą procent wartości nieruchomości, na wzór rekompensat za mienie zabużańskie, które  wynoszą 20 proc. W ich opinii takie rozwiązanie musiałoby obejmować wszystkie nieruchomości, zarówno te wykorzystywane na cele publiczne, jak i pozostałe, w przeciwnym razie byli właściciele byliby traktowani nierówno.
Resort Skarbu Państwa nie planuje jednak prac nad ustawą reprywatyzacyjną. Cały czas powodem jest trudna sytuacja budżetowa.
Samorządowcy podkreślają, że mają największy żal do państwa, które pozostawiło ich osamotnionych w rozwiązywaniu problemu roszczeń dawnych właścicieli.

Mieszkania i szkoły

Po II wojnie światowej  komuniści przejmujący władzę w Polsce rozpoczęli masową nacjonalizację. Upaństwowiono nieruchomości wcześniej należące do ziemiaństwa, mieszczan czy przemysłowców. Były to nie tylko kamienice, zakłady przemysłowe i gospodarstwa rolne, ale także grunty, szkoły, szpitale czy osiedla robotnicze.
Po 1989 r. o zwrot nieruchomości zaczęli się ubiegać poprzedni właściciele i ich następcy prawni. Ich roszczenia dotyczyły nieruchomości należących teraz do Skarbu Państwa, samorządów, a także osób prywatnych.
Państwo i samorząd w przeważającej większości zwracają nieruchomości w naturze. Jeśli  jednak sporny teren nabyła osoba prywatna, zwykle jest chroniona rękojmią publicznej wiary ksiąg wieczystych. W takich sytuacjach to państwo, jako odpowiedzialne za dokonanie nacjonalizacji, musi wypłacić następcom prawnym odszkodowanie. Tak komfortowej sytuacji nie mają samorządy. Nawet jeżeli znacjonalizowana nieruchomość została potem skomunalizowana, nie zapobiega to obowiązkowi jej zwrotu  w naturze.
– Samorząd wyposażony w mienie, do którego obecnie są zgłaszane roszczenia reprywatyzacyjne, okazuje się   najbardziej poszkodowany, choć to nie on doprowadził w przeszłości do niezgodnego z prawem przejmowania majątków, które trzeba zwrócić byłym właścicielom lub ich następcom prawnym – zauważają prawnicy z kancelarii DZP.
A nieruchomości objęte roszczeniami to nierzadko bardzo atrakcyjne grunty, położone w dobrych lokalizacjach. Oprócz budynków mieszkalnych znajdują się na nich często budynki użyteczności publicznej – urzędy, szkoły, przedszkola, szpitale czy domy kultury.

Po wygranej przeprowadzka

Według danych warszawskiego ratusza liczba roszczeń dotyczących budynków zajmowanych przez obiekty użyteczności publicznej w stolicy przekracza już  100. Konsekwencją wygrania sprawy przez spadkobierców jest przeprowadzka instytucji, której obiekt mieści się na takim terenie. Samorząd musi bowiem zwrócić grunt w naturze. Nie może wypłacić odszkodowania w zamian za zachowanie nieruchomości. Nie ma też innych możliwości powstrzymania roszczeń, a zgłaszane co jakiś czas pomysły są prawnie nieskuteczne.
– W związku z dekretem warszawskim powstał pomysł zastopowania reprywatyzacji stołecznych nieruchomości o charakterze publicznym przez uchwalanie specjalnie w tym celu tzw. mikroplanów zagospodarowania przestrzennego, obejmujących konkretne nieruchomości, do których zgłoszono roszczenia reprywatyzacyjne. To rozwiązanie może się jednak okazać nieskuteczne, a sprawy tego rodzaju wcześniej czy później znajdą negatywny dla samorządu finał przed sądami polskimi i europejskimi – ostrzegają Żyżylewski i Gołaszewski.
Obiektów użyteczności publicznej nie da się także wywłaszczyć.
– Nie ma prawnego uzasadnienia ich wywłaszczenia. Działalność użyteczności publicznej może być przecież prowadzona w budynkach należących do osób fizycznych – mówi prof. Maciej Kaliński z Uniwersytetu Warszawskiego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA