Sylwetki

Specjalista od filmowych dekoracji

Rzeczpospolita
Zbudował dekoracje do pół setki filmów, w tym do nagrodzonego Oscarem holenderskiego „Karakteru”. Postawił największe dekoracje operowe w Polsce. Na Expo w Japonii zrobił zachwycający wiklinowy pawilon, a na specjalne zamówinie Nowojorskich Filharmoników Stanisław Górecki wykonał unikalną muszlę koncertową
Z zewnątrz będzie tężnią solankową o faszynowych ścianach z tarniny ociekających wodą, a w środku – pokładem luksusowego jachtu z drewna tekowego. Tak ma wyglądać polski pawilon na Expo w Saragossie. Buduje go firma Stanisława Góreckiego Zakład Budowy i Dekoracji. Czasu jest mało, wystawa zostanie otwarta 14 czerwca, a projekt trudny.
Zatrudniająca 20 osób firma Góreckiego wygrała zorganizowany przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości przetarg na budowę pawilonu, pokonując sześć polskich i trzy hiszpańskie spółki. – Przedsiębiorstwo Góreckiego ma doświadczenie w budowaniu nietypowych i trudnych konstrukcji. W 2000 r. w Hanowerze postawiło polski pawilon na Expo. Były to drewniane budynki, jakie stawiano w Polsce w XVIII w. W jednym z nich odtworzono fragment Puszczy Białowieskiej, w innym sale kopalni w Wieliczce. W 2005 r. w na Expo w japońskim Aichi Górecki zbudował wiklinowy pawilon, który zdobył potem wiele nagród za oryginalność – wylicza Jakub Ciołkowski z PARP.
Na budowę i wyposażenie pawilonu w budżecie polskiego Expo przeznaczono 12–13 mln zł. Górecki nie zdradza, ile z tego otrzyma jako wykonawca. Praca idzie na dwie zmiany, pawilon stawia 60 ludzi. Zdzisław Filipiak, prezes i współwłaściciel rodzinnej spółki PHU A-Z specjalizującej się w pawilonach i stoiskach wystawowych, też startował w przetargu na pawilon w Saragossie. Z Góreckim współpracował w 2000 r. z okazji Expo w Hanowerze. Twierdzi, że rentowność tego biznesu jest różna. W wypadku Hanoweru wyniosła 5 – 6 proc., ale liczył się także prestiż. 56-letni Górecki od 30 lat stawia nietypowe konstrukcje i wnętrza: – Hanower to była góralska ciesiółka. Drewno braliśmy z Kotliny Kłodzkiej. We Wrocławiu przygotowywaliśmy elementy według starych wzorów. Tak to precyzyjnie wyszło, że potem odwiedzający pawilon sprawdzali, czy to aby jest prawdziwe. Do Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych trafił w 1976 r. z dyplomem technika budownictwa i doświadczeniem w stawianiu betonowych klocków. Został szefem brygady budowlanej. – Pierwszym i najtrudniejszym moim filmem był „Znak Orła” z 1977 r. Jego akcja toczy się na przełomie XIV i XV w. A w PRL brakowało wszystkiego, w tym tego, co niezbędne przy budowie dekoracji – cementu, cegieł, drewna, styropianu. W dodatku materiały były reglamentowane. Jeździłem po Polsce, by je zdobyć. W nadleśnictwach kupowałem drewno, w prywatnych tartakach załatwiałem przecieranie. Potem transport do wytwórni. Tamte lata nauczyły mnie, jak organizować pracę – opowiada Górecki. Zanim w 1988 r. założył własną firmę, zbudował dekoracje do 36 polskich produkcji, m.in. „Prezydent Starzyński”, „Szpital Przemienienia”, „Ród Gąsieniców”, „Wilczyca”, „Yesterday”, „Och, Karol!”, „Klątwa Doliny Węży”, „Pan Kleks w kosmosie”, „Kogel-mogel”. – Przygotowanie do filmu zaczynam od przeczytania scenariusza i scenopisu. Potem rozmawiam ze scenografem, a wszyscy moi ludzie muszą się zapoznać z epoką, w której toczy się akcja. Gdy jeszcze nie było Internetu, chodziłem do bibliotek, archiwów, wertowałem albumy. Musiałem wiedzieć, jaka była wtedy architektura, sposoby budowania i łączenia, materiały, detale i dekoracje fasad i wnętrz. Poznałem sposoby budowania wałów obronnych i fortec. Kamera obnaża wszystkie błędy – wyjaśnia Górecki. Zdarzały się przez te lata sytuacje zabawne, niebezpieczne i takie, które się pamięta przez całe życie. – Do jednego z filmów wybudowaliśmy w Dolinie Kościeliskiej drewniany kościółek, koliby i dzwonnicę. Podczas filmowania nad Tatry nadciągnął halny. Zabezpieczyliśmy stalowymi linami wszystkie dekoracje oprócz dzwonnicy, która już zagrała w filmie. Wiatr był taki, że słupy z linami wyrwał, kościół podniósł, przeniósł 20 m dalej i cisnął o ziemię. Ze wszystkich naszych dekoracji nienaruszona pozostała tylko niezabezpieczona niczym dzwonnica – śmieje się Górecki. W 1988 r. do wrocławskiej wytwórni zajrzała bieda. Coraz mniej kręcono tu filmów, coraz niższe były płace. Górecki wraz z kilkoma pracownikami brygady założyli spółkę. Pierwszy kontrakt podpisali z zakładami zbożowymi w Ujeździe Górnym, gdzie stał największy młyn na Dolnym Śląsku. Mieli odbudować pięć spalonych silosów mącznych wysokich na 15 m bez wyłączania produkcji. – To było ryzykowne posunięcie. Specjalistyczne firmy nie chciały się go podjąć. Podszedłem do tego jak do budowy filmowych dekoracji. Najpierw sprawdziłem, z czego i jak zostały wybudowane spalone silosy. Postawili je przed drugą wojną Niemcy ze świerku syberyjskiego. Drzewo to ma mocno przylegające do siebie słoje, które dobrze pracują pod ciężarem mąki. Szukaliśmy podobnego drzewa w polskich lasach – opowiada właściciel Zakładu Budowy i Dekoracji. Potem Górecki wykańczał puby, restauracje, apteki, banki, sklepy, robił umeblowanie ekskluzywnych perfumerii, prace stolarskie w budynkach poczty, schody i balustrady w konsulacie niemieckim we Wrocławiu. Odtwarzał zabytkowe bramy z tropikalnego drewna, dekoracje do sztuk teatralnych. O filmie nie zapomniał. Od połowy lat 90. do Wrocławia coraz chętniej zaglądali filmowcy zagraniczni poszukujący plenerów do swoich filmów. – Wrocław to jedno z niewielu miast Europy, w którym zachowały się ulice, place i podwórza w stanie sprzed drugiej wojny. Holendrzy przyjechali tu szukać Rotterdamu z końca XIX w. i znaleźli – opowiada Jerzy Rutowicz, producent m.in. „Nie ma mocnych”, „Kochaj albo rzuć”, „Dagny”, „W pustyni i w puszczy”. W 1997 r. został producentem nagrodzonego Oscarem holenderskiego „Karakteru”. Do budowy dekoracji przy tym filmie Rutowicz zarekomendował Holendrom firmę Góreckiego. – Znałem jego prace od lat, więc miałem pewność co do ich jakości. W Polsce niewielu jest już takich mistrzów w filmowej branży. Trzy tygodnie szukaliśmy we Wrocławiu obiektów do filmu, a wiele dekoratorskich rozwiązań podpowiedział właśnie Górecki – mówi producent. Górecki zbudował Holendrom 80 proc. dekoracji wykorzystanych w „Karakterze”. Stary Rotterdam stanął w halach wrocławskiego Dolmelu. Dobrze rozwijająca się spółka, dużo zagranicznych zamówień – tę pomyślną w biznesie passę przerwał Góreckiemu w 2001 r. „Leo”. Taką roboczą nazwę nosił film, do którego potężne dekoracje zamówiła u wrocławianina firma producencka z Austrii. – Gdy dekoracje były już gotowe, a na Odrze zbudowaliśmy statek, który w filmie miał pływać po Dunaju, firma ogłosiło bankructwo. Zostałem z 280 tys. euro długu, który miałem wobec dostawców i podwykonawców – wspomina Górecki. Wyjścia były dwa: ogłosić upadłość albo spłacić dług. Górecki wybrał to drugie. – Żona, z zawodu lekarz, pomogła mi pokonać stres. Nie mogłem zostawić ludzi bez pieniędzy. Obiecałem, że ich spłacę w ratach, zaufali mi – opowiada. Budowa polskiego wiklinowego pawilonu na japońskie Expo 2005 r. miała udowodnić, że w dekoratorskiej branży Górecki znów się liczy. Takie zlecenie nie przynosi wykonawcy dużego zysku, ale rozgłos. Wiklinowy pawilon okazał się hitem, zdobył dużo nagród i głosy uznania. Dzięki takim pracom Górecki zdobywa zlecenia zagraniczne. Od lat współpracuje z teatrami operowymi w Europie, m.in. z operą w Zurichu. Wykonał największe w Polsce dekoracje operowe do wystawianego we Wrocławiu „Nabucco” Giuseppe Verdego. Miały aż 19 m wysokości. Na koncert Nowojorskich Filharmoników pod dyrekcją Kurta Masura w Hali Ludowej zrobił złożoną z ekranów akustycznych muszlę koncertową projektu słynnego akustyka prof. Wolfganga Fasolda. Firm z branży wystawienniczej jest w Polsce ponad 100, ale budujące trudne dekoracje filmowe i teatralne można policzyć na palcach jednej ręki. W krajach ościennych filmowcom zwracany jest VAT, a w Polsce nie. Dlatego producenci chętniej wybierają Czechy, Rumunię, Słowację, a nas omijają – Mamy świetnych rzemieślników, studia i plenery. Polskie firmy, takie jak Góreckiego, mogłyby więcej zarabiać na zagranicznej produkcji filmowej, gdyby nie nasz system podatkowy. W krajach ościennych filmowcom zwracany jest VAT, a w Polsce nie. Dlatego chętniej wybierają Czechy, Rumunię, Słowację, a nas omijają – przyznaje Jerzy Rutowicz, właściciel rodzinnej firmy producenckiej. Po 30 latach budowania dekoracji do filmów, przedstawień, oper i widowisk plenerowych wrocławianin Stanisław Górecki wie, jak osiągnąć mistrzostwo w tej ulotnej branży. – Gdy dekoracje są dobrze zrobione, po prostu ich nie widać. Wtapiają się w naturalny krajobraz i architekturę. Są nie do odróżnienia od tego, co trwałe i wybudowane na lata – wyjaśnia.Reżyser Waldemar Krzystek o Stanisławie Góreckim mówi, że to nie przedsiębiorca, ale człowiek filmu. Przez ostatnie lata razem objeżdżali Polskę w poszukiwaniu plenerów do najnowszego filmu Krzystka „Mała Moskwa”. Premiera zapowiedziana jest na jesień: – Górecki poświęcał czas i fundusze, choć nie wiedział, czy realizacja projektu dojdzie do skutku. Gdy mieliśmy już dopięty budżet, byliśmy do pracy świetnie przygotowani.Górecki się nie boi, że zabraknie mu zamówień. – Komputery opanowują kino, ale nawet komputer musi mieć co powielać. Trzeba więc mu wybudować odpowiednie obiekty – śmieje się.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL